June 18, 2013

Diggs of the month: May


I have a feeling that I've just finished writing down my April diggs of the month and hey, I'm already late with the May ones. I won't let you wait any longer, just don't forget to share your discoveries too, I'm always looking forward to reading them!

Mam wrażenie, że dopiero co pisałam kwietniowe zestawienie odkryć, a tu już jestem spóźniona z majowym. Nie ma co dłużej czekać, jedziemy! I nie zapomnijcie podrzucić swoich znalezisk, zawsze ich niecierpliwie wyczekuję!


Seth Godin ‘Small is the new big’ - every time I read Seth Godin’s ideas I have a feeling that he thinks exactly the same way I do, only more often. It’s hard to say what’s his job actually is - a marketing guru, a brilliant observer of all changes around us, a bestselling author, a bloger, an enterpreneur... and I could go like this forever. “Small is the new big” is one of his older books, but is works exactly like all his other publications - it makes me want to scream “that’s absolutely right” every other page. Godin is a master of putting into words all those thoughts which I had at the back of my head, but they never got clear enough to be expressed. His book is written in a form of short stories, usually backed up with Godin’s personal experiences, which help him present dozens of ideas for making our world more efficient and less ‘broken’. 

Malcolm Gladwell ‘The Tipping Point’ - Gladwell is another American writer, often compared with Seth Godin, but his approach circulates more around “psychology for dummies”. This is why I wouldn’t probably buy his book if I hadn’t five long hours to spend at the airport and one hundred spare Peruvian soles in my pocket. In ‘The Tipping Point’ Gladwell tries to find an analogy that typifies different kinds of epidemics, from the biological ones, to seemingly ridiculous fads. At the beginning it’s really interesting and I really like his typology of different types of influencers. Later on it starts to be much less exciting, I’d even call is slightly boring, with numerous examples that doesn’t really illustrate anything I knew. I think I’ve even caught him on assuming a correlation between two things that doesn’t truly exist, caused by ignoring an important factor. In spite of this I recommend it to everyone interested in how ideas and trends spread. 

Colm Toibin “Brooklyn” - I usually read books, which I’ve previously heard about and which seemed interesting and exciting to me. However, this method can easily lead you into a trap of reading the same type of books all the time, especially when you use recommendation based websites like GoodReads. So from time to time I switch to a good, old method of lottery-drawing or simply judge a book by its cover. “Brooklyn” turned out to be a really nice short novel about an Irish girl immigrating to US in middle XXth century. It wasn’t the best book ever, but definitely a good and pleasant read.


Seth Godin "Teraz małe jest wielkie" - za każdym razem, kiedy czytam Setha Godina, mam wrażenie że myśli tak samo jak ja, tylko częściej. Ciężko powiedzieć, kim tak naprawdę jest - na pewno guru marketingu, doskonałym obserwatorem rzeczywistości i świetnym mówcą, ale także poczytnym autorem, blogerem, przedsiębiorcą...i mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Nie chciałabym być na miejscu jego dzieci, kiedy pytają ich w szkole "czym się zajmują Twoi rodzice?". "Teraz małe jest wielkie" to jedna z jego starszych książek, jednak tak jak w przypadku każdego innego z jego tytułów, które miałam okazję przeczytać, co drugą stronę mam ochotę krzyknąć "taak, właśnie tak jest/będzie!". Godin jest mistrzem formułowania myśli, które gdzieś tam mi się kołaczą po głowie, ale nigdy nie są na tyle jasne, żeby udało mi się je wyrazić. Książka ma formułę bardzo podobną do jego bloga, składa się z krótkich historyjek, wyjaśniających na konkretnych przykładach przemyślenia Godina i jego pomysły na usprawnienie rzeczywistości. Bardzo, bardzo polecam Wam nie tylko ten tytuł, ale i resztę jego twórczości.

Malcolm Gladwell "The Tipping Point" - Gladwell to postać często porównywana do Godina, jednak krąży on raczej w okół tematów z cyklu "psychologia w wersji dla ludu". Pewnie bym po tę książkę nie sięgnęła, gdyby nie fakt, że miałam pięć godzin na lotnisku i sto niewydanych peruwiańskich soli w kieszeni. Autor próbuje znaleźć tam analogię pomiędzy wybuchem różnego rodzaju epidemii - od tych biologicznych, po pozornie niezrozumiałe mody. Zaczyna się nieźle i Gladwell ciekawie argumentuje tezę o różnych typach "influencerów", jednak z czasem zaczęła mnie mocno nudzić, plus złapałam autora na zakładaniu bezpośredniej zależności tam, gdzie jej wcale nie ma, wynikającej ze zignorowanie jakiegoś czynnika. Mimo tego - do polecenia, zwłaszcza dla zainteresowanych mechanizmem tworzenia się trendów. 

Colm Toibin "Brooklyn" - zazwyczaj czytam książki, o których coś wcześniej wiem, które z jakiegoś powodu mnie zainteresowały. Ta metoda ma jednak to do siebie, że łatwo można wpaść w pułapkę czytania pozycji z tylko jednego kręgu, zwłaszcza jeżeli korzysta się z serwisów polecających typu GoodReads czy Lubimy Czytać. Czasem więc, tak jak w tym przypadku, decyduję się na losowanie, albo najzwyklejsze na świecie ocenianie książki po okładce. "Brooklyn" okazał się być bardzo przyjemną, krótką powieścią o Irlandce emigrującej do Stanów w połowie XX wieku. Bez super szału, ale czytało się bardzo dobrze.


‘Rear Window’- I’ve finally managed to watch this Hitchcock’s classic on a plane from Lima to Sao Paulo. Every couple of minutes I was interrupted by a flight attendant’s announcement or the food coming and I just couldn’t wait to get back to follow the plot, which is quite surprising as the whole movie was shot in one room/backyard. Or it would be surprising, if it wasn’t Hitchcock. Extra point for Grace Kelly's beautiful outfits - she made me feel like throwing away all my pants and wearing full skirts and dresses only.


"Okno na podwórze" - ten klasyk Hitchcocka udało mi się w końcu nadrobić w samolocie z Limy do Sao Paulo. Co chwilę przerywał mi oglądanie komunikat załogi czy posiłek i za każdym razem nie mogłam się doczekać powrotu do fabuły, co jest o tyle niesamowite że cała akcja dzieje się, jak sugeruje tytuł, w obrębie jednego podwórka. Dodatkowe punkty za piękne stroje Grace Kelly, aż mam ochotę wyrzucić z szafy wszystkie spodnie i zapełnić ją efektownymi spódnicami do połowy łydki.


Feedly - what are the first three websites you open when you turn on your computer in the morning? In my case on of them used to be Google Reader and when Google announced that they’re closing at the end of June, I had to find a good equivalent, which will help me to stay up to date with all my favourite blogs and websites. I just can’t imagine visiting them all separately. I did my research and finally went for Feedly. I’m really happy with this joice, it not only works really well, but is also very nicely designed, which you couldn’t really tell about a bit archaic Google Reader. Its another advantage is possibility of importing your GR content really easily. You can use Feedly to follow my blog too, another way to do it is by using Bloglovin.

Advanced Style - for those of you who haven’t heard yet - it’s the best streetstyle blog out there. I’d love to look half as amazing as those ladies do when I’m at advanced age myself. 

Garance Dore Hangouts (1 & 2) - Garance Dore, French illustrator, photographer and a blogger living in New York, privately a girlfriend of The Sartorialist’s Scott Schuman always seems to keep abreast of the times and permanently develops her blog. It’s not that she answers her readers needs - she is ahead of them and creates them. This time she launched hangouts, which are possible thanks to Google Plus, where she answers her readers questions, mostly about her professional carieer and blog work. Huge high five for sharing her knowledge and experience, it’s another proof for Garance being an innovative and forward-thinking person. 

Derriere le Miroir - a five minutes long film promoting French kids clothing brand, Quenotte. It’s beautifully shot, Hugo and His Invention slash Stardust slash Jumanji style. But what’s most important, its visually pleasing form doesn’t overpower what’s most important - the clothes. Such a nice discovery!


Feedly - jakie są Wasze trzy pierwsze strony, które odpalacie po włączeniu komputera? U mnie w złotej trójce przez długi czas był Google Reader i kiedy Google ogłosiło plan jego zamknięcia musiałam znaleźć alternatywę, która pozwoli mi być na bieżąco z ulubionymi blogami i stronami, nie wyobrażam sobie przeglądać ich wszystkich z osobna. Zrobiłam rozeznanie i padło na Feedly. Jestem z tego wyboru bardzo zadowolona, bo nie dość że sprawnie działa, to jeszcze wygląda dużo przyjemniej niż nieco archaiczny Google Reader. Zdecydowanym plusem jest też możliwość szybkiego zaimportowania subskrybcji z GR. Z pomocą Feedly możecie łatwo śledzic nowości na moim blogu, innym rozwiazaniem jest Bloglovin

Advanced Style - gdyby ktoś z Was jeszcze nie znal, najlepszy blog street style’owy świata! 

Garance Dore Hangouts (1 & 2) - Garance Dore, francuska ilustratorka, fotografka i blogerka, prywatnie dziewczyna Scotta Schumana, autora The Sartorialist, zawsze idzie z duchem czasu i ciagle rozwija swojego bloga, nie tyle dostosowując go do wymagań czytelników, ile wyprzedzając je i kreując. Tym razem uruchomiła możliwe dzięki Google Plus hangouty, gdzie odpowiada na zadawane jej przez czytelników pytania, dotyczące głównie kariery zawodowej i rozwoju bloga. Wielki plus za dzielenie się swoją wiedzą i doświadczeniem, to kolejny dowód na przyszłościowe, innowacyjne myślenie Garance. 

Derriere le Miroir - pięciominutowy film promujący francuską markę odzieżową dla dzieci, Quenotte. Pięknie nakręcony, w klimacie Hugo i jego wynalazek przez Stardust przez Jumanji, jednak co najważniejsze, forma nie przytłacza tego, co powinno grać główną rolę, czyli ubrań. Cudowne odkrycie!

Derrière le miroir from BLAST PRODUCTION on Vimeo.


Kidle - I used to be a part of “I hate read longer texts on screen”, but during my trip to Peru I had a chance to use Kidle Paperwhite for a bit and I think I changed my mind. Its screen is totally different that the one laptops or tablets and doesn’t make your eyes any less tired than traditional reading. Of course, it’s really nice to flip through the pages of a traditional book, but I think I’m more tempted by the idea of having a feather light Kindle in my suitcase rather than three thick books which weight as much as a stone. So I think I’ll get one next time I go travelling. The only thing that bothers me is lack of proper online libraries, but I hope it’ll change soon.


Kindle - zawsze byłam w gangu “nie cierpię czytać dłuższych tekstów na ekranie”, jednak podczas wyjazdu do Peru miałam okazje poużywać Kindle Paperwhite i chyba zmieniłam zdanie. Wyświetlacz zupełnie nie przypomina tych tabletowych czy laptopowych, a oczy nie męczą się przy czytaniu ani trochę bardziej niż w przypadku tradycyjnego papieru. Jasne, fajnie jest przewracać strony fizycznej książki, ale bardziej kusi mnie perspektywa posiadania w walizce lekkiego jak piórko Kindla niż trzech grubych tomów, ważących pół kilo każdy. Chyba zdecyduję się więc przy najbliższej okazji na zakup - jedyne co mi przeszkadza, to brak porządnych bibliotek online, jednak mam nadzieje, że wkrótce się to zmieni.

June 15, 2013

Green blazer 3:1



Due to all my thinking and research around the slow approach to fashion and my daily schedule, with lately has been really busy, in the past few week I wasn't thinking about clothes at all. Luckily, thanks to the fact that I've managed to reduce my wardrobe to a small number of much loved and trusted pieces, I can basically draw few random pieces in the morning and still look more or less put together. Recently, nine times out of ten I'd choose something really simple and basic, like a striped tee or an oversized shirt and a pair of chinos. However, my travel to Peru last month was the tipping point - after spending two weeks in the very same, slouchy pair of pants and three cotton t-shirts I suddenly felt like dressing up, wearing bright colors and experimenting. But it doesn't necessarily mean buying tons of new stuff. I've learned to love having a limited, well curated wardrobe and going back to impulsive shopping would probably make me very unhappy. Instead, I gather inspirations, try things on and make plans about adding a fresh breeze to my wardrobe in the autumn. The only new arrivals in my closet are a colorful scarf and knitted clutch which I bought in Peru and a green blazer, which I got last week in courtesy of Vinted.pl, really nicely designed platform which allows its users to sell and exchange clothes. The idea of giving things new life is very close to my 'slow fashion philosophy' and I really like the fact that you don't have to pay any fees or commissions for selling or buying clothes. 

Funnily, I was thinking about buying this blazer when it was still available in stores, in Zara's collection a year or two ago. I didn't buy it then, but apparently there's no way to escape - it's arrived to my closet anyway, many months later, luckily in a little bit more sustainable way. Building an outfit around it is quite challenging, not only because of its bright color (which I absolutely love), but also because it's so box-shaped - one wrong move and you end up lookig like Aliexis from 'Dynasty' cast. Nontheless it goes really well with most of my clothes. So here we go, three different outfits - check out my previous '3 in 1' post here.


Wszystkie moje przemyślenia z półki "slow" i nawał różnego typu aktywności sprawiły, że ubrania w ostatnim czasie nieszczególnie zajmowały moją uwagę. Dzięki zawartości szafy zredukowanej do niewielkiej ilości sprawdzonych pozycji bez problemu mogę losować co rano jakiś zestaw, wiedząc że będę się w nim dobrze czuła. W związku z wspomnianym wyżej kryzysem w departamencie fashion ostatnio najczęściej były to moje żelazne, bazowe zestawienia - koszule, pasiaste koszulki, spodnie z zakładkami. Jednak podróż do Peru i konieczność chodzenia w tych samych, workowatych spodniach i trzech t-shirtach na zmianę przez dwa tygodnie bez przerwy przeważyła szalę i nagle wróciła mi ochota na kolory, zmiany i eksperymenty. Jednak bogatsza o wiedzę o tym, jak wspaniale jest nie mieć nadmiaru ubrań, wcale nie planuję rzucić się w zakupowy szał. Na razie myślę, przymierzam i planuję. Jedyne nowości, które zasiliły moją garderobę w ciągu ostatnich miesięcy to chusta i torebka przywiezione z Peru i zielona marynarka, która trafiła do mnie dzięki uprzejmości Vinted.pl, naprawdę fajnie zaprojektowanego portalu do sprzedaży i wymiany ubrań. Ich idea dawania nowego życia rzeczom, które komuś już się znudziły, bardzo wpisuje się w moją ubraniową filozofię, a dodatkowym plusem jest to, że cała ta machina działa za free i za wystawianie czy kupowanie nie są pobierane żadne opłaty czy prowizje. 

Co ciekawe, nad tą piękną marynarką w intensywnym zielonym kolorze poważnie się zastanawiałam rok czy dwa lata temu, kiedy była dostępna w kolekcji Zary. Nie kupiłam jej, ale w końcu i tak do mnie trafiła i to nieco bardziej zrównoważoną drogą. Nie tylko mocny kolor stanowi w niej wyzwanie, ma też dość szerokie ramiona i pudełkowy kształt, i mam wrażenie że jeden zły ruch i można łatwo skończyć wyglądając jak Alexis z Dynastii. Mimo tego pasuje mi do mnóstwa rzeczy i pokażę Wam ją dzisiaj w trzech różnych zestawach - poprzedni post z serii "3 w 1" możecie zobaczyć tutaj.

blazer from Vinted.pl, Mango dress, L Credi bad, Mateo shoes, Peruvian scarf

This outfit is all about the traditional Peruvian scarf, which I brought from South America last month. Traditional doesn't mean "tourist only" in this case - in the mountain region of Peru you see them on every other person. People usually use them to carry children on their backs, but I also saw them being used to transportate piles of fruit or veggies. The dress is my "perfect white dress of the summer" from 2010 - it looks like it's still possible to find good quality clothes in high street stores.


Tutaj główną rolę gra tradycyjna peruwiańska chusta, którą przywiozłam z mojej ostatniej podróży. Tradycyjna nie znaczy cepeliowa - w górskiej części Peru takie chusty widuje się na co drugiej osobie i jak najbardziej są w codziennym użytku, najczęściej ładuje się do nich dzieci albo zakupy czy towar na targ. Bazą jest moja Biała Letnia Sukienka Idealna z lata 2010 roku, która mimo naprawdę częstego noszenia trzyma się idealnie - coś tam się jednak czasem trafi porządnie uszytego w tych sieciówkach.

 Vinted.pl blazer, Massimo Dutti sandals, Zara bag and thrifted skinnies

Old polka-dot, silky t-shirt and simple black skinny jeans - this outfit basically put itself together in thirty seconds when my flatmate called me to join him for coffee at the garden of one of the coffee places around the corner. For the first time in my life I live in a place where I can simply put my shoes on, cross the street and I'm in a nice cafe, pub or restaurant. I really appreciate it, especially during sunny afternoons in July.


Narzucony w pośpiechu stary t-shirt w groszki niewiadomego pochodzenia i zwykłe rurki - ten zestaw stworzył się sam, kiedy mój współlokator zadzwonił do mnie z pytaniem, czy nie chciałabym do niego dołączyć w ogródku kawiarni za rogiem. Pierwszy raz w życiu mieszkam w miejscu, gdzie mogę po prostu włożyć buty, przejść przez ulicę i być w pubie czy restauracji - bardzo mi się ten system podoba, zwłaszcza w słoneczne czerwcowe popołudnia.

 Vinted.pl blazer, Zara dress, Zuzia Górska bag and Office shoes

many thanks to Shini, James and Yas for helping me with the pictures!

And this is another summer dress, from last year. Before I joined the "don't buy stuff" gang, I used to start every summer by buying a perfect white dress. I wore it yesterday when I met Shini in the morning for amazing blueberry pancakes. I was wearing it with a bag by Zuzia Górska, which ends up on the blog weirdly rarely - I've been literally wearing it all the time since last February. If you're looking for a good quality, reasonably priced bag, she's your girl. And my new white headphones, which replaced my beloved cherry red ones - apparently they didn't enjoyed the jungle as much as I did.


To kolejna letnia sukienka (dopóki nie dołączyłam do sekty niekupujących, miałam zwyczaj rozpoczynać lato zakupem białej sukienki idealnej), tym razem z zeszłego roku, miałam ją na sobie podczas wczorajszego śniadania z Shini. Torebkę Zuzi Górskiej, która dziwnie rzadko pojawia się na blogu, noszę prawie non stop od półtora roku i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to szybko zmienić. Pracownia Zuzi to jedno z moich źródeł-pewniaków i zawsze polecam ją szukającym porządnych torebek w rozsądnych cenach. A białe słuchawki zastąpiły moją poprzednią czerwoną parę, której najwyraźniej nie służy klimat lasów deszczowych.

June 9, 2013

Taking pictures of people - street photography


Market sellers in Ollantaytambo, wearing amazing Peruvian hats

Almost every time I post pictures of people someone asks me how do I take those pictures. Usually the question is followed by a statement like “I would like to do it, but I don’t have the guts”. So I decided to describe my ways and experiences. Today I will share the theoretical part, which is the most important in my opinion, and I will leave the practical tips for the next time. 

“Pictures of people” is quite a broad and rather controversial topic. In this post I want to focus on the so called street photography. It seems problematic for many people, that if you inform the people around of your wish to take a picture it usually ruins everything. People start to pose, act unnaturally or leave whatever they were doing and the whole scene that we liked before falls apart. Candid street photography includes all those pictures that let us observe the life of a given neighbourhood - sellers talking on a busy market or bankers hurrying to work in the City of London. I’m not sure how the opponents of such spontaneous photos imagine the process of asking everyone that happen to be caught in the frame for permission. Chasing every single person or shouting out an announcement like “excuse me, I’m going to take a picture” don’t seem to have much sense.


Niemal za każdym razem, kiedy na blogu pojawiają się zdjęcia ludzi, ktoś pyta mnie, jak właściwie takie zdjęcia robię. Zwykle zaraz później pojawia się stwierdzenie “też bym tak chciał/a, ale nie mam odwagi”. Postanowiłam wiec opisać moje doświadczenia i sposoby działania. Dzisiaj podzielę się z Wami częścią bardziej teoretyczna, moim zdaniem najważniejsza, a praktyczne wskazówki zostawię sobie na następny raz. 

“Zdjęcia ludzi” to bardzo szeroki temat, do tego mocno kontrowersyjny - w tym poście skupię się na tak zwanej fotografii ulicznej. Problematyczny dla wielu osób jest fakt, że to taki typ zdjęć, gdzie uprzedzenie otoczenia o zamiarze zrobienia zdjęcia zwykle rujnuje całą scenę. Ludzie zaczynają pozować, zachowywać się nienaturalnie, zostawiają to, co wcześniej robili i cały charakter kadru, który ujął nas wcześniej, zupełnie znika. To wszystkie te zdjęcia, na których możemy zaobserwować życie danej okolicy - sprzedawców rozmawiających na ruchliwym targu czy biegnących do pracy bankierów w londyńskim City. Nie jestem pewna, jak przeciwnicy tego typu spontanicznych zdjęć wyobrażają sobie proces pytania wszystkich, którzy mają szansę załapać się w kadr, o zgodę. Ani bieganie za każdą osobą po ulicy, ani wykrzyczane z krawężnika ogłoszenie “przepraszam bardzo, będę teraz robić zdjęcie” nie wydają się mieć zbyt dużo sensu.



This boy felt asleep while waiting for his mum to finish her work at the San Pedro market in Cusco

I often hear that taking pictures in the street when people are in the frame and their faces are recognisable is breaking the law - here a mysterious act on privacy protection is usually quoted. To everyone’s disappointment I will say that in most countries (there are exceptions, though, like France) there are no regulations that would forbid taking such pictures in public spaces without asking for permission, assuming, of course, that we don’t plan to use them for commercial purposes. In practice, such regulations would make illegal things like typical touristic pictures that people take of themselves or buildings, as there’s always someone unexpected in the frame, or security cameras and many other things - nowadays the lenses are aimed at us on every corner. 

While we are at the topic of privacy, we often hear the stories of people whose lives got complicated because someone has took a photo of them while they were doing things they not necessarily should’ve been doing, or were somewhere they shouldn’t be. Not to be hollow - under my post from Madrid one of the Readers has told such a story. I don’t understand why blame a person who unknowingly documented one situation or another - maybe it would be better to think whether loading a bag with a dead body to the trunk in a public car park is really such a great idea.


Często słyszę też argument, że robienie zdjęć na ulicy, gdy w kadrze znajdują się ludzie i możemy rozpoznać ich twarze, narusza prawo - tutaj zwykle przytacza się jakąś tajemniczą ustawę dotyczącą ochrony prywatności. Ku rozczarowaniu wszystkich rzucających paragrafami napisze, że w większości krajów (choć są wyjątki, na przykład Francja) nie ma żadnych regulacji, które zabraniałyby nam robienia tego typu zdjęć w miejscach publicznych bez pytania o zgodę, zakładając oczywiście, że nie planujemy wykorzystywać ich komercyjnie. W praktyce taki przepis delegalizowałby typowe turystyczne zdjęcia, które ludzie robią sobie lub zabytkom, tam przecież zawsze ktoś nieplanowany zaplącze się w kadr, działanie kamer ochrony i mnóstwo innych rzeczy - obecnie niemal na każdym kroku jest w nas wycelowany jakiś obiektyw. 

Skoro już mówimy o prywatności, to często przytacza się tez historie o ludziach, których życie mocno się skomplikowało, bo ktoś uwiecznił ich kiedy robili coś, co nie do końca powinni byli robić albo byli w miejscu, w którym niekoniecznie powinni się znajdować. Żeby nie być gołosłowną - pod moich postem z Madrytu jedna z Czytelniczek opisała w komentarzu taką właśnie historię. Nie bardzo rozumiem obarczanie odpowiedzialnością osoby, która nieświadomie taką czy inną sytuację udokumentowała - może lepiej byłoby zastanowić się czy ładowanie worka z ciałem do bagażnika na miejskim parkingu to faktycznie taki dobry pomysł.

Little boy wearing traditional Peruvian mask, playing with a rope and looking scarry. He gave us goosebumps!

A few years of taking pictures have taught me that the way other people react to us while we shoot them heavily depends on our attitude and behaviour. And even though I don’t ask anybody for permission while taking pictures of regular street plans, it doesn’t mean I lurk by the wall like a spy. Usually I just stroll looking around and take pictures when I notice something interesting. If any of the people in the frame notices me, which usually happens, I just smile or say “hello”. It often ends with a nice conversation. If someone didn’t wish to be in the picture, though, I would simply delete it, because even the greatest shot is not worth somebody’s regret or resentment. Such a situation has never happend to me in any country, though. I’m particularly careful while shooting children and then I care to be noticed before I take a picture. In the UK people are really obsessed about it, and even though as a woman I’m not so ill at ease, I always pay attention to it. 

It’s a totally different case with close-up portraits and photos focused on particular people. Then I just come up, chat and after a few sentences I ask for a possibility of taking a picture. The interaction not only lets us get the permission, but also influences the shot itself. I often photograph markets of all kinds, stalls or interiors of peculiar shops - then I usually try to buy something small like water or a fruit, not only to pay court but also repay in a way. Sometimes people ask me to send them the photo by email and I always care to actually send the pictures.


Kilka lat robienia zdjęć nauczyło mnie że to, jak zostaniemy odebrani przez osoby będące obiektem naszych zdjęć, zależy w głównej mierze od naszego nastawienia i zachowania. I mimo że, jak wspominałam, przy fotografowaniu ogólnych, ulicznych planów nie pytam nikogo o pozwolenie, nie oznacza to też że czaję pod murami jak Szpieg z Krainy Deszczowców. Zwykle po prostu spaceruję, rozglądając się dookoła i robię zdjęcie, kiedy zauważę coś interesującego. Kiedy któraś z osób w kadrze mnie zauważy, a zwykle tak się dzieje, po prostu się uśmiecham czy mówię “dzień dobry”, często kończy się to wymianą paru zdań, zazwyczaj bardzo miłą. Gdyby jednak ktoś nie życzył sobie być na zdjęciu, to po prostu bym je skasowała, bo nawet najlepsze ujęcie nie jest warte czyjegoś poczucia żalu czy rozgoryczenia. Jednak nigdy jeszcze, w żadnym kraju, nie przydarzyła mi się taka sytuacja. Szczególnie uważam przy fotografowaniu scen z dziećmi i wtedy już dbam o to, żebym była zauważona przed zrobieniem zdjęcia. W UK jest na tym punkcie prawdziwa obsesja i chociaż jako kobieta nie jestem aż tak bardzo na cenzurowanym, to i tak zawsze zwracam na to uwagę. 

Zupełnie inną sprawą są bliskie portrety i fotografie skupione na konkretnych osobach. Wtedy po prostu podchodzę, zagaduję i po kilku zdaniach pytam o możliwość zrobienia zdjęcia. Taka interakcja nie tylko pozwala nam uzyskać pozwolenie, ale i pozytywnie wpływa na samo zdjęcie. Często fotografuję różnego rodzaju targi, stragany, wnętrza osobliwych sklepów - wtedy zwykle staram się najpierw kupić coś drobnego, jak woda czy kilka owoców, żeby nie tylko wkupić się w łaski, ale i w pewien sposób odwdzięczyć. Zdarza się też, ze ktoś prosi mnie o podesłanie zdjęcia mailem i wtedy pilnuję się, żeby zawsze faktycznie je wysłać.


Children in Aguas Calientes playing on a street and trying to ride a dog, who seemed quite happy about it

We could discuss the whole “to ask or not to ask” thing for long time, but the more important question is the motivation that stands behind our decision whether to take a picture of something or not. And as far as fashion bloggers tend to photograph only pretty and shiny things, it’s a matter of honour for the beginning “street photographers” to only shoot what is poor and dirty. There are few things that annoy me more than “artsy” pictures of the homeless sleeping in the sidewalk, snapped with a long-focus lens, so that you didn’t have to get too close, necessarily processed to black&white. It really infuriates me and, putting aside the ethics of such behaviour, I think it’s plain abuse. This cheap, flashy play with emotions makes me sick. Such pictures are simple to shoot, they don’t pose a challenge and there are too many of them in the world already - so let’s not take more. 

I’m not saying that shooting homeless or afflicted people is wrong in itself, I’ve seen some great projects of photographers working in such environments, but there is a huge difference between someone executing a thought-out project or documenting their work with a given society and someone who snaps a photo out of habit only to decorate it with a vignette and post to Facebook “Name Surname Photography” fan page. 


O kwestiach pytania czy niepytania o pozwolenie można długo dyskutować, jednak dużo ważniejsze są motywy, które kierują nami gdy decydujemy się daną scenę czy osobę sfotografować. Bo o ile wśród blogerek modowych panuje zwyczaj fotografowania wyłącznie rzeczy ślicznych i błyszczących, o tyle rzesze początkujących “fotografów ulicy” za punkt honoru stawiają sobie fotografowanie tylko tego, co biedne i brudne. Mało jest rzeczy, które irytują mnie tak bardzo jak “artsy” zdjęcia pstryknięte śpiącym na chodniku bezdomnym, najlepiej długoogniskowym obiektywem, żeby nie trzeba było za blisko podchodzić, koniecznie przerobione na czarno-białe. Naprawdę, doprowadza mnie to do szału, i pomijając etyczne kwestie takiego zachowania, które według mnie jest najzwyklejszym wykorzystywaniem, aż słabo mi się robi od tego taniego, efekciarskiego grania na emocjach. Takie zdjęcia są proste do zrobienia, nie stanowią żadnego wyzwania i jest ich już na świecie dużo za dużo - nie róbmy więcej. 

Nie mówię oczywiście, że fotografowanie osób bezdomnych czy w inny sposób dotkniętych przez los jest złe samo w sobie, widziałam kilka wspaniałych projektów fotografów pracujących w takich właśnie środowiskach, jednak różnica między osobą, która realizuje swój przemyślany projekt czy uwiecznia pracę z daną społecznością, a taką, która w przelocie pstryka fotkę z przyczajenia, aby po ozdobieniu jej winietą wrzucić na Facebookowy fanpage “Imię Nazwisko Photography”, jest według mnie ogromna.


Bruce Gilden talking about his methods and ethics, or should I say, lack of ethics

I don’t think that shooting only “beautiful” or “ugly” things is wrong, or that the only right way is to 'objectively' show people and things the way they are. Street photography doesn’t have to be documental, there are many great works tinted with a strong, subjective vision of the author - a great example is the funny, mocking series “Life’s a beach” by Martin Parr. The key notions we should follow are simple respect and empathy. Every opportunity to take interesting street photos makes me happy, but I could never use the methods à la Bruce Gilden and his followers, who literally attack their victims with their lenses and, what’s even worse, flash lamps. Gilden is considered by many to be the legend of street photography, but to me his pictures of mostly scared and covering up, often elderly, people, have rather moderate value.


Nie uważam też, żeby fotografowanie wyłącznie “brzydkich” czy “ładnych” rzeczy było niewłaściwie, ani że jedyną dobrą drogą jest możliwie “obiektywne” pokazywanie rzeczy i ludzi jakimi są. Fotografia miejska wcale nie musi być czysto dokumentalna, powstało wiele świetnych prac z mocna, subiektywna wizją autora, doskonałym przykładem jest zabawna, lekko prześmiewcza seria Martina Parr’a “Life’s a beach”. Kluczem, którym powinniśmy się kierować, jest natomiast najzwyklejszy w świecie szacunek i empatia. Każda możliwość zrobienia ciekawych, miejskich zdjęć niesamowicie mnie cieszy, jednak nigdy nie mogłabym stosować metod a’la Bruce Gilden i jego naśladowcy, dosłownie atakujący swoje ofiary obiektywem, a co gorsza zwykle i lampa błyskowa. Gilden jest przez wiele osób uważany za legendę miejskiej fotografii, jednak dla mnie jego zdjęcia, przedstawiające głównie przestraszonych i zasłaniających się ludzi, często starszych, maja dość umiarkowana wartość.

Sidewalk Talk crew talking about one of their great projects.



To keep the balance, I recommend great pictures by Henri Cartier-Bresson, the classic of street photography, for whom lack of drastic measures is not an obstacle to create really outstanding pictures. Taking classy pictures takes more effort than choosing a soft, yet showy, option. But as in case of any other discipline, it’s worth it. Let me know what you thoughts are!


Dla równowagi polecam Wam za to wspaniałe zdjęcia Henri Cartiera-Bressona, klasyka ulicznej fotografii, któremu brak drastycznych środków działania nijak nie przeszkadzał w tworzeniu naprawdę wybitnych fotografii. Robienie zdjęć z klasa wymaga więcej wysiłku, niż efekciarskie pójście na łatwiznę, ale jak tak jak przypadku wielu innych dziedzin życia, warto ten wysiłek podjąć. Dajcie znać co myślicie, jestem bardzo ciekawa!

June 2, 2013

Peru: on the road to Machu Picchu


Nasz wyjazd do Pery był mocno niejednolity nie tylko pod względem zmieniającego się jak w kalejdoskopie otoczenia, od dżungli, przez Andy, po pustynię i Pacyfik, ale również jeżeli chodzi o charakter naszego podróżowania. Od niespodziewanie ekskluzywnej dżungli, gdzie podsuwano nam pod nos egzotyczne owoce, po sypiące się miasteczko na końcu świata, gdzie jemy w budzie pod dworcem. Po pożegnaniu się z lasem deszczowym i powrotnej podróży łodzią znów wylądowaliśmy w Puerto Maldonado, jednak tym razem mieliśmy tu spędzić cały dzień - nie wracaliśmy na lotnisko, bo w ramach cięcia kosztów wybraliśmy nocny autobus do Cusco. Kiedy przeglądam teraz zdjęcia, to aż się dziwię jak to możliwe, że byliśmy tam przez cały dzień, zupełnie się nie nudząc, bo miasteczko idealnie ilustruje angielskie powiedzenie "in the middle of nowhere". Poniżej dworzec i bar dworcowy, do którego jeszcze wrócimy.


Zostawiliśmy plecaki w przechowalni i ruszyliśmy odkrywać Puerto Maldonado piechotą. Pierwsze kilka kilometrów szliśmy częścią miasteczka, którą ochrzciliśmy roboczo Dzikim Zachodem. Prawie nie mijaliśmy tam ludzi, za to po ulicach plątały się psy, tu i tam spacerowały kurczaki, a do pełnego westernowego obrazu brakowało jeszcze tylko miotanych przez wiatr wyschniętych krzaków. Biegających po ulicach psów jest zresztą w Peru mnóstwo, niektóre z nich są zadbane i mają obroże, jednak większość wygląda na zupełnie bezpańską. W ciągu dwóch tygodni widzieliśmy ich kilkaset, ale nigdy nie zdarzyło nam się zobaczyć dwóch takich samych osobników. Trafialiśmy za to na tak dziwaczne połączenia ras, że aż trudno byłoby mi je tu opisać - na szczęście niektórzy przedstawiciele tych osobliwych psich krzyżówek załapali się na zdjęcia.

Mijane przez nas różnokolorowe domki przy kurzących się uliczkach prawie nigdy nie wychodziły poza poziom parteru, cechowała je za to duża kreatywność w doborze materiałów - kilka razy spotkaliśmy miks cegieł i całkiem eleganckiego tynku z drewnem, bambusem i tekturą, to wszystko na jakichś dziewięciu metrach kwadratowych frontowej ściany.


Stacja benzynowa i pani kasująca należność - paliwo jest w  Peru sporo tańsze niż w Europie, stąd niezwykła popularność różnego rodzaju taksówek.


W Puerto Maldonado głównymi środkami transportu są moto-riksze, odpowiedniki azjatyckich tuk tuków i małe motory czy motorowery. Jedne i drugie działają często jako taksówki i zabierają znacznie więcej pasażerów, niż mieściłoby się w granicach europejskiego rozsądku - rekord, jaki udało mi się dostrzec na jednym z motorków, to pięć osób, w tym trzy dorosłe, i mała walizka.


W końcu docieramy do centrum miasta, gdzie nareszcie pojawiają się ludzie, głównie wracające ze szkoły dzieci i dziesiątki sklepikarzy oferujących im słodycze, naklejki i inne tego typu atrakcje.



Zazdrościmy dzieciom i sami też kupujemy paczkę chipsów z platana (wyglądają tak) od pani z pięknymi warkoczami, siadamy w parku i spędzamy tam resztę popołudnia, czytając i planując dalszą część wyprawy.
 

W końcu zaczyna się robić ciemno, łapiemy więc rikszę i wracamy na Dziki Zachód, tuż pod dworzec, gdzie w międzyczasie przestało już być pusto i kwitnie życie towarzyskie. Pojawiły się też budki i stoiska z najróżniejszym jedzeniem, a ponieważ nie jedliśmy jeszcze tego dnia obiadu, postanawiamy skorzystać.


Wybieramy bar, który pojawił się na wcześniejszym zdjęciu. Po pierwsze, przyciąga nas panujący tam na wielu różnych poziomach ruch, od psów i dzieci na podłodze, po koty na belkach pod sufitem. Po drugie, pani właścicielka wita nas ze świeżo odkrojoną nogą kurczaka w ręce, wymachując nam przed nosem pazurami tej nieszczęsnej łapki przy przedstawianiu menu (jedna pozycja), wnioskujemy więc że mięso jest świeże i zamawiamy po porcji. Noga zostaje wrzucona na grilla i chwilę później z ryżem i warzywami trafia na nasz stolik. Zrobiłam klasyczny błąd i plątając się dookoła z aparatem zajrzałam do kuchni, trafiając akurat na moment moczenia brudnych talerzy w równie brudnej plastikowej misce w brunatno-zielonkawą wodą, ale wcale się tym nie zrażamy (zwłaszcza, że właśnie kończymy jeść), płacimy rachunek (5 soli, czyli ok. 5 zł) i w końcu wracamy na dworzec. Dla zainteresowanych - nic nam później nie dolegało.


Budzę się o szóstej rano i mam wrażenie, że jestem na statku podczas sztormowej pogody. Ostatnia część trasy prowadzi przez ostre górskie serpentyny, na szczęście po kilkudziesięciu minutach docieramy już do Cusco. Nie zostajemy tu jednak długo - zaraz po opuszczeniu autobusu łapiemy taksówkę i przemieszczamy się na inny, lokalny dworzec. To początek skomplikowanej operacji, która ma pozwolić nam ominąć jedyną oficjalną drogę na Machu Picchu. Do ruin można dotrzeć z Aguas Calientes, górskiego miasteczka, do którego nie prowadzi żadna droga i można się tam dostać jedynie pociągiem. Ten oficjalny, turystyczny, wyrusza z Cusco i jedzie około trzech godzin - jako że ceny za ostatnią klasę zaczynają się od dziewięćdziesięciu dolarów w jedną stronę, można śmiało umieścić go w rankingu najdroższych kolei świata. Na szczęście udaje się nam w Internecie znaleźć trasę nieco dłuższą, znacznie tańszą i zdecydowanie bardziej przygodową i jej pierwszym etapem jest właśnie lokalny autobus do Santa Maria, który łapiemy tuż po dotarciu na regionalny dworzec Santiago. Oprócz nas jadą w nim niemal sami Peruwiańczycy, a część osób wiezie ogromne zakupy albo towary na targ. Na szczęście udaje nam się uniknąć żywego inwentarza - pan z kurczakami wsiada do innego autobusu. Kierowca robi przystanki co kilka kilometrów, a jako że handel w środkach transportu publicznego jest w Peru niezwykle popularny, to jeszcze przed połową drogi przez nasz autobus przewija się magik, księgarz, niezliczeni sprzedawcy jedzenia i liści koki, prawie udaje się też dostać do środka łaciatej świni.


Znów jedziemy przez Andy - tą część podróży mam marnie udokumentowaną na zdjęciach, z jednej strony ze względu na ciasnotę autobusu i brak jakiejkolwiek stabilności, z drugiej w związku z tym, że byłam skupiona raczej na unikaniu dołączenia do wymiotującej części autobusu niż na robieniu zdjęć. Ale kiedy nasz rozklekotany pojazd wtłacza się na przełęcz położoną na 4300 m.n.p.m, wykorzystuję krótką przerwę i mimo lekkiego bólu głowy (to już dość solidna wysokość) biegnę pozachwycać się niesamowitym widokiem.


Liście koki, które pomagają pozbyć się męczących objawów choroby wysokościowej i tradycyjna chusta w tle.


Po sześciu godzinach docieramy w końcu do Santa Maria, małego miasteczka w górach, gdzie znajdujemy tzw. collectivo taxi - taksówkę, która czeka, aż zbierze się więcej ludzi jadących w tym samym kierunku. Naszym celem jest hydroelektrownia w jeszcze mniejszym miasteczku Santa Teresa, na szczęście szybko pojawia się kilku Argentyńczyków, którzy wybierają się w to samo miejsce i po dobiciu targu (10 soli za głowę) ruszamy. Jak się szybko okazuje, nasz kierowca prowadzi niczym niespełniony rajdowiec i na szutrowej dróżce na skraju wielkiego wąwozu z rwąca rzeką w dole pędzi wyprzedzając wszystkie spotkane samochody, nie zrażając się nawet świeżo przewróconym jeepem, który cudem uniknął spadnięcia w przepaść. Siedzę ściśnięta w środku i ani mi się śni wyciągać aparatu, sytuacja była jednak tak abstrakcyjna, że nawet nie pomyślałam o tym żeby się bać - dopiero później dotarło do mnie, że była to dość ryzykowna wycieczka. Po niecałej godzinie docieramy do elektrowni i trafiamy akurat na odjazd lokalnego pociągu do Aguas Calientes. Mimo, że ceny w nim są ułamkiem ceny turystycznego pociągu, dla obcokrajowców wciąż są dość wysokie (peruwiańskie koleje mają dwa typy biletów - tańsze dla localsów i droższe dla całej reszty), poza tym ostatnie kilkadziesiąt godzin spędziliśmy w bezruchu. Obserwujemy więc ostatnią sprzedaż bananów i innych przekąsek, czekamy aż pociąg ruszy, zarzucamy na plecy cały nasz dobytek (bardzo się w tamtym momencie ucieszyłam, że nie wzięłam ani jednej zbędnej rzeczy), zgrabnie omijamy budkę strażnika i ruszamy wzdłuż torów do Aguas Calientes.


Mieliśmy do pokonania jedenaście kilometrów. To tak naprawdę niedużo, porządniejszy spacer, jednak trzydziestostopniowy upał i kilkanaście kilogramów na plecach czyniły nasz marsz dość męczącym.


Oprócz batoników z liśćmi koki (smakują jak karma dla chomika) motywuje nas wyłaniający się co chwilę masyw Machu Picchu Mountain, cel naszej skomplikowanej wyprawy. Po trzech godzinach marszu robi się ciemno i zaczynam się zastanawiać czy nie zostaniemy pożarci przez lamy, na szczęście za zakrętem wąwozu w końcu pojawiają się światła Aguas Calientes. Znajdujemy hotel i po szybkim prysznicu (jeszcze chyba nigdy tak się nie cieszyłam z kapieli!) idziemy spać, gotowi na atak na Machu Picchu następnego ranka, o którym opowiem Wam już w kolejnym odcinku.