May 21, 2012

|Some things just stick in your mind|


Co roku pod koniec wiosny, albo na samym początku lata, w każdym razie na pewno przed moimi urodzinami w lipcu, kupuję białą letnią sukienkę. Stało się to już moją coroczną tradycją, nie jestem pewna czy bez tego zakupu lato w ogóle by się odbyło. Większość z nich nie przetrwała chodzenia po chaszczach, jeżdżenia na rowerze, moczenia w słonej wodzie i innych tego typu aktywności, ale niektóre mają się dobrze i chodzę w nich także w chłodniejszych częściach roku- na przykład w tej z krótkim rękawem z Mango.

Every single year at the end of spring or at the beginning of summer, surely before my birthday in July, I buy a perfect white summer dress. It's became my little tradition, I'm not even sure if summer could come without it. Most of my PSD (perfect summer dresses) didn't survive cycling, running in the woods, swimming in salty water, but some of them did and I wear them in the colder parts of year too- like this short sleeved one from Mango.




Tegorocznej sukienki tak naprawdę wcale nie kupiłam- miałam do wykorzystania bon prezentowy do Zary. Pierwotnie chciałam go wydać na rzeczy, które upatrzyłam sobie wcześniej w sklepie internetowym, po przymierzeniu okazało się jednak, że żadna z nich nie leży na mnie dobrze. Białą falbaniastą sukienkę zauważyłam trochę przypadkowo- wisiała pomiędzy innymi jasnymi rzeczami, w dodatku na wieszaku prezentowała się kiepsko. Cieszę się, że z jakiegoś powodu postanowiłam ją jednak przymierzyć, bo okazała się jednym z tych ubrań, które trzeba założyć, żeby zobaczyć ich urok. Teraz widzę, że muszę skrócić trochę ramiączka, ale jak tylko to zrobię, spokojnie mogę mianować ją Białą Sukienką Idealną na Lato 2012.


To be honest, I haven't bought this year's white dress- I had a Zara gif card to spend. First I wanted to spend it on few nice things I've noticed on their website, but none of them were looking good on me. And then I've noticed this frilly, girly dress quite accidentally- it was hidden between other bright clothes and it didn't even look nice on the hanger. I'm really happy that I've decided to try it on for some reason- it appeared to be one of those pieces, which you have to wear to see how cute they are. Now I see that I have to shorten the straps, but after I do this, I will be definitely able to call it a Perfect Summer Dress for 2012.



| Zara dress | vintage clutch | Buffalo sandals | Promod headpiece |

May 17, 2012

|Spot Digging: Bubbleology & Hi-End|


Zawsze z niecierpliwością oczekuję tych weekendów, które spędzam w Warszawie. Oprócz dodających skrzydeł zajęć w szkole, zwykle udaje mi się spędzić niewielką ilość wolnego czasu w taki sposób, że w niedzielę nie bardzo chce mi się wsiadać do pociągu. Tym razem wybrałam się z Anią Fashionitką, Jagą i Harel na przeszpiegi do Bubbleology- (prawie)nowootwartego baru z herbatą na Chmielnej. Nie jest to jednak zwykła herbata (nie żebym miała coś przeciwko zwykłej herbacie- ta robiona przez babcię, z plasterkiem cytryny z odkrojoną skórką, podana w szklance z wiklinowym koszyczkiem nie ma sobie równych), ale pochodząca z Tajwanu Bubble Tea, czyli owocowa albo mleczna herbata smakowa z tapioką, która po wstrząśnięciu podobno tworzy tytułowe bąbelki- nie sprawdzałam, bo dowiedziałyśmy się o tym bonusie na tyle późno, że nie było już czym wstrząsać.

I'm always looking forward to those weekends which I'm spending in Warsaw. Besides my very inspiring classes at school (I'm studying trend forecasting), I always spend my free time hanging out with friend and having so much fun, that I don't even feel like getting into train back home on Sundays. This time I met with Fashionitka, Jaga and Harel and we went to Chmielna Street to try out the new Asian tea place- Bubbleology. They serve bubble tea (fruit- or milk-flavored) with pearl tapioca and some extra flavored syrup. It was invited in the eighties in Taiwan, then became popular in London and this year finally came to Poland. I was wondering where did the name come form- apparently, when you shake you tea, it's starting to get bubbly- too bad I didn't know it before I finished my drink.






Pomysł na urządzenie Bubbleology bardzo mi się podoba-wnętrze przypomina laboratorium, wszędzie coś bulgocze, a pracownicy noszą białe fartuchy- brakuje im jeszcze tylko steampunkowych okularów ochronnych. Strona internetowa utrzymana jest w bardzo podobnym klimacie.  Lokal cieszy się chyba ogromnym powodzeniem, bo kłębiło się tam tyle ludzi, że prawie nie mogłam zrobić zdjęć, a o wolnym stoliku można było pomarzyć. Wzięłyśmy więc nasze herbaty na zewnątrz i usiadłyśmy na ławce. Ze względu na upał wybrałyśmy wersje owocowe, ja spróbowałam mango i marakui. Smak jest dość nietypowy, na pewno mało herbaciany, ale idealnie orzeźwiający. Największą frajdą było wysysanie przez rurkę żelkowatych kawałków tapioki. Herbata mogłaby być jednak, jak dla mnie, trochę mniej słodka- następnym razem poproszę o wersję z połową cukru.

I really like the idea behind the brand and the place's interior design- it reminds me of a laboratory, with everything gurgling, staff wearing white gown's etc. Even at their website you can feel the same steampunk atmosphere. The place is new, but it seems very popular- it was so busy and crowded that I could hardly take any pictures. It was impossible to find a free table, so we took our teas outside and sat on a bench. It was really hot outside, so we chose fruit flavors- I've tried mango and passion fruit. They were both good, but they didn't taste like tea at all. Next time I'll also ask for less sugar, they were a bit too sweet for me. But the best thing was definitely trying to catch the floating jellies of tapioca with a straw- it's just as hard as it sounds.







Orzeźwione bąbelkową herbatą, ruszyłyśmy na Mokotowską, żeby odwiedzić równie młody butik marki Hi-End. Ich flagowym produktem są delikatne, wygodne tuniki i sukienki we wszystkich kolorach tęczy, zawsze z ciekawym detalem- mnie najbardziej spodobał się trójkątny kształt wycięć i kieszeni. Ponieważ głównie miotałam się dookoła z aparatem, usilnie próbując niczego nie zrzucić i nie odciąć światła całej kamienicy przez wieszanie ubrań na żyrandolu,  nie miałam czasu ani na rozmowę z pomysłodawczynią Moniką (czego bardzo żałuję i na pewno nadrobię), ani na przymierzanie ubrań- dziewczyny za to znalazły kilka rzeczy dla siebie.

After refreshing bubble tea we were on our way to Mokotowska Street to visit new High-End's showroom- until now they were only available online. It's a Warsaw-based brand, which specialize in delicate, soft and comfy tunics and dresses in every possible color. They have very simple forms, but always with a twist- I especially liked the triangle-shaped pockets and cut-outs. As I was running around with my camera most of the time, I didn't have time to try on any clothes or even talk to the owner, Monika- I'll definitely be back to catch up with both things. Especially that girls have found some really nice stuff for themselves.







Butik Hi-End przygarnął też pod swój dach inne marki- między innymi biżuterię Agaty Bieleń oraz torby i dodatki Raramodo, których kołnierzyka jestem szcześliwą posiadaczką

Apart from their own brand, in High-End you can find Agata Bieleń's jewellery and Raramodo bags and accessories- I've got one of their leather collars and I really like it.







Popołudnie, a właściwie już wieczór, zakończyłyśmy frytkami z Okienka i piwem porzeczkowym w Małym Piwie- oba miejsca też są zdecydowanie godne polecenia.

Real belgian fries from Okienko and black currant beer at Male Piwo were a perfect finish of that lovely day- both places are really worth visiting.






May 13, 2012

| Copper gold |


Kolorystyka tego zestawu przywodzi mi na myśl moje ulubione połączenie z dzieciństwa, czekoladę maczaną w kawie zbożowej- z zastrzeżeniem, że owa czekolada musi być Milką. Beżowy sweter o nietypowej fakturze nieodłącznie kojarzy mi się z waflem. Teraz, kiedy już zakończyłam rozbudowany wstęp deserowy, poszłam do sklepu, wróciłam z czekoladą (wafli nie było) i zdążyłam zjeść jedną trzecią, mogę się zabrać za zasadniczą część wpisu. Poza wspomnianym swetrem i białą koszulą, miałam na sobie plisowaną spódnicę w miedzianym kolorze, którą dostałam w zeszłym roku od American Apparel. Pierwotnie była dłuższa, sięgała do ziemi, ale przez to prawie jej nie nosiłam, bo plątała mi się pod nogami i sprawiała, że poruszałam się dwa razy wolniej niż zwykle. Po skróceniu dużo bardziej nadaje się do codziennego noszenia.

Few days ago I was wearing this beige and coppery brown outfit and it reminded me of, well, a dessert. The structure of a sweater is just like a waffle and the colors are straight from choco machiatto- at least when the chocolate is Milka. Now, when I’m done with this much-too-long introduction and already came back from a grocery store with iron ration of sweets, I can start a proper outfit description. Besides a sweater mentioned above I was wearing a white shirt and a pleated skirt, which I got from American Aparel last year. It used to be floor-length, but the fact that I can walk as fast as I would like to were driving me crazy and I shortened it a bit- I like it much better now and wear it so much more often.






Określenie „codzienny” nie do końca pasuje za to do moich- tadam tadam- nowych butów. Kupiłam je w Marche, regionie słynącym z manufaktur produkujących buty i torby z doskonałej włoskiej skóry. Są marki Sergio Amaranti- trafiłam do ich sklepu zupełnie przypadkiem, krążąc po kompleksie outletów, zawierającym m.in. sklepy Prady, Miu Miu i Chloe. Żadna z rzeczy powyższych marek, choć wszystkie bardzo kusząco przecenione, nie odpowiadała mi w stu procentach, moje serce skradły za to liliowo(Milka!)-złote sandały nieznanej mi wcześniej maleńkiej firmy, jak się okazało z długimi rzemieślniczymi tradycjami i jednym, jedynym butikiem schowanym między outletami znanych projektantów. Zdecydowanie należy im się określenie „statement shoes” i zasługują na honorowe miejsce na półce zaraz obok torebki z głową lwa, ale z drugiej strony są w swoim przepychu w pewnym sensie uniwersalne- nie są osadzone w żadnym super-charakterystycznym sezonowym trendzie, a przy całym szaleństwie obcasa i platformy ich górna część ma całkiem klasyczny kształt. To chyba moje najwyższe buty, ale są przy tym bardzo wygodne- mam wrażenie że ktoś naprawdę zadbał o komfort noszenia i detale związane z wykończeniem. I całe szczęście, bo przy tak rozbuchanym designie marna jakość sprawiłaby że całość byłaby po prostu tandetna. No i wcale nie potrzeba do nich aż tak wielkich okazji- z granatowymi spodniami sprzed kilku postów i zwykłą białą koszulą robią zaskakująco stonowane wrażenie.

And these are my new shoes, which I’ve bought in Marche- it’s a region of Italy, known for family manufactures producing shoes and bags from incredible Italian leather. They’re by Sergio Amaranti- a tiny little brand with long lasting craftsmanship traditions. I had no idea about it, until I found their one and only store in an outlet, squeezed between shops like Prada, Chloe, Miu Miu etc. I couldn’t find there anything I really liked, even though all the designer items were discounted in a very tempting way. Finally, I found these lilac-golden sandals with bold heel and snakeskin print and I truly fell in love with them. I can definitely call them “statement shoes” and they have a special place on my shelf, the same one where I keep the clutch with lions head. On the other head, in all their boldness they’re in some way multi-purpose- they’re not very “trendy”, I mean they’re not based in any strong, seasonal trend and their shape, besides crazy heel and platform, is quite classic. I think they’re the highest shoes I’ve got, but they’re very comfortable- I have a feeling that the brand really took care of every single detail. They have such a bold design, that if they were cheaply made, they would definitely look tacky. And they aren’t even as dressy as it seems at first sight- with navy pants from my previous outfit post and simple white shirt they look surprisingly casual.






I ostatni element stroju, czyli okulary- niesamowicie spodobał mi się kształt oprawek i metalowe złączenie, wybierając je ze strony nie zauważyłam jednak, że mają aż tak ciemne szkła. Czarne szkła w okularach przeciwsłonecznych to coś, czego bardzo na sobie nie lubię, zastanawiam się więc nad wymienieniem ich na jaśniejsze albo wstawieniem do tych oprawek szkieł korekcyjnych.

And last by not least, my new Plilip Lim sunglasses- I really like their shape, but the glass is much to dark for my pale skin, I haven't noticed it when choosing them online. I'm thinking about replacing them with brighter ones or using the frames for my usual glasses.





| American Apparel skirt | H&M shirt | thrifted sweater | Asos Bag | Sergio Amaranti shoes | Philip Lim sunglasses via Sunglasses Shop | 

May 7, 2012

|Buongiorno, biscotti, bella Italia|


Majowy weekend (a właściwie cały tydzień) miałam okazję spędzić we Włoszech. Pierwsze kilka dni poświęciliśmy głównie na odwiedzanie licznych winnic w rejonie Veneto. Jako że moja wiedza o winach jest wyjątkowo mierna, a wygłaszane przeze mnie opinie brzmiały zwykle jak coś w rodzaju "noo...wino jak wino", skupiłam się raczej na podziwianiu pięknych, starych budynków i świetnych wnętrz, łącznie z piwnicami z rzędami dębowych beczek oraz widoków na wzgórza porośnięte winoroślami.
I spent the whole week of my May holidays in beautiful Italy. It was mainly a wine trip, so we spent first few days visiting a lot of different vineyards in Veneto region. My knowledge about wine is definitely poor and most of my opinions were like "well, this wine tastes like..hmm..wine", so I focused rather on discovering old, beautiful houses with rustical interiors and huge cellars with wooden barrels lying everywhere. Green hills all around were also breathtaking.










Parę kolejnych dni spędziliśmy zwiedzając region Marche- to mało turystyczna, za to bardzo zielona i niezwykle piękna część Włoch. Często określa się go jako nieco "zapyziały", ale ja byłam zachwycona tym, że trafialiśmy w miejsca, gdzie na moje pytanie o wi-fi patrzono na mnie jakbym spadła z księżyca. Mieszkaliśmy w domu na szczycie wzgórza, z tarasem idealnie nadającym się do długich kolacji zapijanych winem i Nesquikiem. Duży ogród był doskonały do leniuchowania i czytania książek po całodziennych wyprawach. Jedliśmy w wielu różnych miejscach i za każdym razem byłam zachwycona prostą, włoską kuchnią- nie jest to w sumie chyba żadnym zaskoczeniem, podejrzewam że nie znam ani jednej osoby, która nie lubiłaby dobrego włoskiego jedzenia. Absolutnym hitem okazało się domowe ciasto ze smażonymi zielonymi pomidorami (ręka do góry, kto czytał książkę!)- z przepisu przekazanego przez twórczynię nie zrozumiałam ani słowa, ale liczę na to że znajdę recepturę gdzieś w Internecie.

We spent next couple of days in Marche- not very touristic and amazingly pretty and green region of Italy. We lived in a traditional Italian house at the top of the hill, with a huge garden, just perfect for reading books and just chilling around. Sunny terrace was just great for slow, yummy suppers, made of delicious Italian cheeses and prosciuttos, with fruit and wine. We were spending our days exploring the area, visiting little towns at the hills and enjoying amazing Italian cuisine. I think I tried every possible type of pasta, I also loved fresh fish and grilled meat with polenta. But the best thing I've tried was a homemade pie with fried green tomatoes (hand up who's read the book!)- I immediately asked about a recipe, couldn't understand a word and I really hope I'll find it somewhere on the Internet. Oh, and we've quite accidentally visited a Frassasi cave- it's whole touristic surrounding is horrible, but the grotto itself, really huge and really pretty, is one of the most beautiful things I've ever seen.









Szukając informacji o ciekawych zakątkach Marche trafiłam na wzmiankę o Portonovo- nadmorskiej miejscowości, będącej częścią Conero Riviera. Plaża była zupełnie pusta, poza nami i kilkoma smutnymi surferami w wodzie (nie było absolutnie żadnych fal) przez większość czasu nie było na niej nikogo. Zdecydowanie piękne miejsce, chociaż gdy w sezonie robi się tłoczno, pewnie traci wiele ze swojego uroku.

One morning we went to the seaside, to a small village called Portonovo, a part of Conero Rivera. The beach was almost completely empty and really charming with a blue Adriatic sea at one end and high mountains at the other. I'm pretty sure that early spring is the best time to visit- I can image how crowded it must be during the summer.








Odwiedziliśmy też mnóstwo mniejszych i większych miasteczek- niektóre pełne życia, inne bazujące wyłącznie na turystach, poza sezonem zupełnie wymarłe. Szczególnie spodobało mi się renesansowe Urbino- trochę przypominało mi Perugię, którą odwiedziłam w zeszłym roku. Trafiliśmy też na poranny targ ze świeżymi warzywami i owocami morza i zjedliśmy kolejne pyszności, z ravioli z truflami i hurtową ilością szparagów na czele.

We have also explored a lot of little Italian towns- some of them full of life, other ones almost empty. One of my favourites was Urbino- a perfect renaissance city, which reminded me a lot of Perugia, which I visited last year. We've bought fresh vegetables and frutti di mare at one of the morning markets and tried some more delicious dishes, like absolutely amazing ravioli with truffles and tons of asparagus, served in every possible way.