2.07.2012

|50 words for snow|

Dzisiaj trochę o podstawie mojej szafy, Susie Bubble i collar tipsach według pomysłu Kasi.


2.06.2012

|Spot Digging: Mateo's secret restaurant|

Another spot worth visitind, today it's a secret little italian restaurant with delicious and fresh food in the old town of Bielsko-Biala.

To chyba pierwsze miejsce w moim cyklu Spot Digging, o którym nie znalazłam żadnej wzmianki w Internecie. Ani słowa, sami sprawdźcie, dawno nie byłam tak zaskoczona, tym bardziej że miejsce istnieje już ponad osiem miesięcy. Z drugiej strony trudno się dziwić, bo flagową cechą tej restauracji jest jej tajność. Tak, tajność. Nad wejściem nie znajdziemy żadnego szyldu czy oznaczenia, drzwiczki wyglądają jak do chatki hobbita. Gdy już pokonamy prowadzące w głąb ciemne schodki, okazuje się że wewnątrz są tylko cztery stoliki- bez wcześniejszej rezerwacji nie ma na co liczyć. Ale jak zrobić rezerwację, skoro o restauracji nie ma nigdzie nie żadnych informacji? Cały czas piszę "restauracja", bo miejsce jest tak sekretne, że nie ma nawet nazwy. My dostaliśmy numer telefonu, wraz z poleceniem, od kogoś ze znajomych i tylko dlatego udało nam się tam trafić. Początkowo chcieliśmy zarezerwować stolik na siedemnastą, jednak właściciel powiedział że to wykluczone, bo o osiemnastej jest mecz, który musi obejrzeć i jeżeli chcemy coś zjeść, to musimy przyjść wcześniej (futbolowe zamiłowania było potem zresztą widać nie tylko w całym lokalu, ale i na rachunku- ostatnie zdjęcie). Zmieniliśmy więc niedzielne plany i dużo wcześniej zameldowaliśmy się na ulicy Mickiewicza.

Kiedy w końcu znaleźliśmy się w środku, przywitał nas sam właściciel, czyli Mateo Silvestri. Usiedliśmy przy stoliku, zjedliśmy przyniesione na przed-przystawkę minipaszteciki i wtedy spotkało nas kolejne zaskoczenie, bo okazało się że karty dań po prostu nie ma. Mateo wymienił kilka potraw, które może nam zrobić, bo akurat ma wszystkie potrzebne składniki, zamówiliśmy więc świeżo zrobiony makaron z królikiem, ravioli z truflami, carpaccio, krem pomidorowy i wszystko było genialne. Po jakimś czasie szef kuchni znów się pojawił, tym razem z deską mięs i ryb, mogliśmy więc pokazać palcem co chcielibyśmy zjeść na drugie danie- wybraliśmy polędwicę, łosiosia z robionymi chwilę wcześniej gnocchi i cielęcinę z awokado na ziemniakach udających ryż. Jeszcze raz wszystko genialne, postanowiliśmy więc nie przejmować się brakiem miejsca w żołądku i zamówiliśmy desery- znowu cztery razy strzał w dziesiątkę. Moja czekoladowa panna cotta z mandarynkami była niesamowita, tak samo creme brulee, ale prawdziwym hitem były lody. Robione oczywiście na miejscu, prosto podane, w dość nietypowych smakach- buraczkowym i marchewkowym. Nigdy nie zamawiam lodów w restauracjach, bo nie znoszę zawalonych bitą śmietaną, bakaliami i polewami pucharków, w których po minucie wszystkie elementy zlewają się w jedną burę breję, ale proste, świeże lody Mateo będą chyba moim wyborem przy następnej wizycie. Nie mogę napisać nic innego, jak tylko jedno wielkie polecam- to bezimienne miejsce od razu znalazło się w czołówce moich ulubionych restauracji, jedzenie jest super, atmosfera jest super i nawet ceny, jak na włoską knajpę w centrum miasta, są zupełnie przyzwoite. A skoro już mowa o mieście, to mimo podpisu na dole chyba powinnam na wszelki wypadek dodać, że tym razem miejscówka jest nie krakowska, ale bielska- wolałabym żeby nikt przeze mnie nie dobijał się do drzwi kamienicy na Al. Mickiewicza w Krakowie, żądając królika i pasty.



|Mateo's Italian restaurant, Mickiewicza 21, 43-300 Bielsko-Biała|






2.04.2012

|Bluebird|

It's stil turbo-freezing in Poland, so I'm staying at home, wrapped up in a warm, norwegian sweater, instead of going anywhere and reorganising my spring wardrobe again and again. Here are some of my favourites- vanilla beige bag from Pracownia Twórcza Zuzi Górskiej, blue scarf with bird print, white lace collar, 3.1 Philip Lim sunglasses and vintage powder pink blouse and sweater.

Mróz nie chce odpuścić, więc opatulona w norweski sweter przeglądam i trzeci raz układam na nowo swoje wiosenne ubrania i dodatki. Po pierwsze, do mojej kwiecistej kopertówki od Zuzi Górskiej dołączyła koleżanka, duża beżowa torba o delikatnej wężowej fakturze, i-de-alna! Po drugie, po lewej stronie widać mój ogromny błękitny szalik w gałązki i ptaszki, mają czerwone brzuszki, więc to chyba gile? Rudziki? Po trzecie, koronkowy biały kołnierzyk- z jednej strony trochę chrzcinowaty, z drugiej to dla mnie coś zupełnie nowego, na pewno będzie ciekawym urozmaiceniem wiosennych ubrań. Po czwarte, moje pierwsze porządne okulary przeciwsłoneczne, 3.1 Philip Lim, mam nadzieję że nie zostawię ich w tramwaju przy pierwszej możliwej okazji. I po piąte i ostatnie, nowa dostawa pudrowego różu.




| bag from Pracownia Twórcza Zuzi Górskiej and Vero Moda scarf | vintage blouse and Vero Moda collar | 3.1 Philip Lim sunglasses from SunglassesShop | vintage sweater and blouse |

1.31.2012

|Peaches and lemons|

Dzisiejszy odcinek dotyczy głównie zakupów w second handach i właśnie mi się przypomniało, że nie powiedziałam jednej z ważniejszych rzeczy. Kiedy zaczynałam swoją przygodę z second handami, zdarzało mi się wpadać w swego rodzaju pułapkę- "hmm, nie wiem czy to mi się do końca podoba, ale w sumie jest tanie, więc wezmę". W efekcie w szafie kłębiły mi się ubrania, w których w ogóle nie chodziłam- jeżeli czegoś nie nosimy, to choćby kosztowało 3 zł, to zawsze będzie to o 3 zł za dużo.