Po pierwsze, ostrzegam- post zawiera około miliona zdjęć. Wszystkie z Islandii. Brak też wymyślnych stylizacji- podczas pakowania miałam tylko dwa cele: a) żeby było mi ciepło i b) żeby było mi wygodnie. Na Islandii pogoda zmienia się co kilka minut (naprawdę!), ale jedno jest pewne- pada, przed chwilą skończyło padać albo zaraz zacznie. W takich warunkach postanowiłam porzucić płaszcze i botki na rzecz sprawdzonej kurtki, w której zimą jeżdżę na nartach i mniej sprawdzonych, za to cudownie wygodnych Reeboków.
Po drugie, wyjaśniam- tytułowy skyr to tradycyjny islandzki ser, który wcale jak ser nie smakuje, dla mnie stoi raczej na pograniczu jogurtu, twarożku i serka homogenizowanego. Jest przepyszny, występuje we wszystkich możliwych możliwych smakach i codziennie stanowił podstawę naszego drugiego śniadania- postanowiłam więc uhonorować go umieszczeniem w tytule wyprawy.

Pozwolę sobie też hurtowo odpowiedzieć na wszystkie pytania z gatunku organizacyjnych- na Islandię lecieliśmy z Londynu, a wracaliśmy przez Oslo, w obie strony liniami Iceland Express. Spaliśmy w hotelach, które po szczytowym turystycznym sezonie są dość tanie i najłatwiej jest je znaleźć przez strony typu booking.com.

Po nocnym przylocie z Londynu odbieramy wypożyczony samochód (bez niego po Islandii nie da się poruszać- nie ma tam linii kolejowych, autobusy podobno są, ale ja przez tydzień poza Reykjavikiem nie widziałam żadnego), a o poranku zaczynamy odkrywanie Islandii od półwyspu Reykjanes. Pierwszym przystankiem jest Keflavik, dość duże jak na Islandię miasto (dość duże jak na Islandię oznacza 9000 mieszkańców- na całej wyspie mieszka tyle osób, co w moim rodzinnym mieście, czyli około 300 tys.), w którym przez pięćdziesiąt lat istniała baza wojskowa NATO i stacjonowali w niej amerykańscy żołnierze. Wpływy z USA są tu bardzo widoczne, są na przykład amerykańskie sieciówki jak Subway czy Taco Bell. Jednak prawdziwym hitem jest sklep spożywczy- można zjeść w nim obiad, samodzielnie skomponowany ze świeżych składników, zaopatrzyć się w wełnę w każdym możliwym kolorze, kupić polskie Prince-Polo (zaraz obok lukrecji ulubione słodycze Islandczyków, Prince Polo na Islandii można znaleźć wszędzie, istnieje nawet zespół o takiej nazwie- ostatnio mieli trasę koncertową po Polsce) albo podkowy dla konia. Nie dało się mnie stamtąd wyciągnąć, jednak mój entuzjazm nieco przygasł, kiedy odkryłam że 3/4 islandzkich słodyczy zawiera w sobie lukrecję- te okropne czarne zawijańce, które zawsze zostają na dnie paczki żelków, bo nikt ich nie chce zjeść.
Po drugie, wyjaśniam- tytułowy skyr to tradycyjny islandzki ser, który wcale jak ser nie smakuje, dla mnie stoi raczej na pograniczu jogurtu, twarożku i serka homogenizowanego. Jest przepyszny, występuje we wszystkich możliwych możliwych smakach i codziennie stanowił podstawę naszego drugiego śniadania- postanowiłam więc uhonorować go umieszczeniem w tytule wyprawy.

Pozwolę sobie też hurtowo odpowiedzieć na wszystkie pytania z gatunku organizacyjnych- na Islandię lecieliśmy z Londynu, a wracaliśmy przez Oslo, w obie strony liniami Iceland Express. Spaliśmy w hotelach, które po szczytowym turystycznym sezonie są dość tanie i najłatwiej jest je znaleźć przez strony typu booking.com.
| DZIEŃ PIERWSZY, SOBOTA, SKYR WANILIOWY|

Po nocnym przylocie z Londynu odbieramy wypożyczony samochód (bez niego po Islandii nie da się poruszać- nie ma tam linii kolejowych, autobusy podobno są, ale ja przez tydzień poza Reykjavikiem nie widziałam żadnego), a o poranku zaczynamy odkrywanie Islandii od półwyspu Reykjanes. Pierwszym przystankiem jest Keflavik, dość duże jak na Islandię miasto (dość duże jak na Islandię oznacza 9000 mieszkańców- na całej wyspie mieszka tyle osób, co w moim rodzinnym mieście, czyli około 300 tys.), w którym przez pięćdziesiąt lat istniała baza wojskowa NATO i stacjonowali w niej amerykańscy żołnierze. Wpływy z USA są tu bardzo widoczne, są na przykład amerykańskie sieciówki jak Subway czy Taco Bell. Jednak prawdziwym hitem jest sklep spożywczy- można zjeść w nim obiad, samodzielnie skomponowany ze świeżych składników, zaopatrzyć się w wełnę w każdym możliwym kolorze, kupić polskie Prince-Polo (zaraz obok lukrecji ulubione słodycze Islandczyków, Prince Polo na Islandii można znaleźć wszędzie, istnieje nawet zespół o takiej nazwie- ostatnio mieli trasę koncertową po Polsce) albo podkowy dla konia. Nie dało się mnie stamtąd wyciągnąć, jednak mój entuzjazm nieco przygasł, kiedy odkryłam że 3/4 islandzkich słodyczy zawiera w sobie lukrecję- te okropne czarne zawijańce, które zawsze zostają na dnie paczki żelków, bo nikt ich nie chce zjeść.



Ruszamy dalej i zatrzymujemy się w małym porcie, by obejrzeć gigantyczne czarne mewy i zupełnie przypadkiem odkrywamy jaskinię trolla.




Nie dajemy się skusić błotnej kąpieli i mijając kilka miniaturowych kościołów, docieramy do latarni morskiej. Krajobraz robi się coraz bardziej księżycowy- nie chodzi nawet o to, że nie ma drzew (na Islandii drzewa prawie nie rosną- wspomnę o tym jeszcze później), ale że zamiast ziemi czy piasku są pokłady zaschniętej lawy wulkanicznej, porośniętej zielonym mchem (jedną z tradycyjnych islandzkich potraw jest owsianka z mchu- nie udało mi się jej spróbować, ale nie mogę powiedzieć żeby jakoś szczególnie tego żałowała).





Docieramy do słynnego Mid-point, miejsca w którym stykają się dwa kontynenty, europejski i amerykański. Brzmi to zdecydowanie bardziej spektakularnie niż wygląda, granica to po prostu niewielki rów, ale przynajmniej mogę powiedzieć sobie że trochę byłam w Ameryce, yeah! Postanawiamy uczcić to piknikiem, który był dość surrealistycznym doświadczeniem, biorąc pod uwagę okoliczności- kompletną pustkę, lodowaty wiatr i krążące nad nami mewy aka sępy islandzkie.




Półwysep Reykjanes to bardzo młode geologicznie miejsce, wszystko tutaj bulgocze, dymi i generalnie wygląda jakby miało za chwilę wybuchnąć. Zatrzymujemy się przy gorących źródłach i dopiero tam spotykamy pierwszych ludzi od czasu opuszczenia Keflaviku- autobus zagubionych niemieckich turystów.


Kiedy jesteśmy już całkiem przemoczeni od unoszącej się wszędzie pary, wracamy z powrotem nad morze i, ku naszemu zaskoczeniu, wreszcie wychodzi słońce. Ma doskonały timing, bo przed nami wyłaniają się dwa olbrzymie klify, jeden z nich wygląda dokładnie tak samo, jak Lwia Skała z Króla Lwa. W ogóle uważam, że gdyby ktoś chciał nakręcić Króla Lwa w wersji nieanimowanej, Islandia jest do tego idealnym miejscem (pomijając brak odpowiednich zwierząt).



Po zrobieniu trzech tysięcy zdjęć opuszczamy skały i po paru kilometrach zbaczamy z głównej drogi, by zobaczyć zabytkowy kościół. Okazuje się jednak, że drogowskaz był mocno nieaktualny, bo z kościoła została tablica informacyjna i kawałek białego płotu. Co więcej, ktoś przed nami też dał się nabrać.


Za to kawałek dalej odkrywamy kolejne pole bulgocących bajorek, a później dojeżdżamy do Blue Lagoon, według National Geographic "jedynego ścieku przemysłowego o światowej sławie"- laguna powstała jako efekt uboczny przy budowie elektrowni geotermalnej.


Tu prawdopodobnie mieszka Bjork:

Pojawiają się pierwsze owce! Odkąd usłyszałam, że na Islandii mieszka cztery razy więcej owiec niż ludzi, nie mogłam się ich doczekać. Potem zaczęły się pojawiać aż w nadmiarze, ale o tym później. Spotkaniem z owcami kończymy dzień i udajemy się do hotelu- nie bez problemów, okazuje się że w kraju, gdzie jest jedna droga, też można się zgubić.


| DZIEŃ DRUGI, NIEDZIELA, SKYR MORELOWO-TRUSKAWKOWY|

Zaczynamy od porządnego śniadania z obowiązkowym skyrem (i z sagą Wikingów w tle!) oraz próby przekonania hotelowych królików, żeby dały się pogłaskać, niestety bezskutecznej (chociaż królik na ostatnim zdjęciu wcale nie próbuje mnie pożreć, on po prostu się przeciąga).





Dzień postanawiamy poświęcić na zobaczenie tzw. Golden Circle, trzech najbardziej znanych turystycznych atrakcji Islandii. Najpierw jedziemy do Thingvellir, parku narodowego o historycznym znaczniu- kiedyś zbierał się tu islandzki parlament Althing, tutaj także ogłoszono niepodległość Republiki Islandii w 1944 roku (wcześniej Islandia była zależna od Danii, a jeszcze wcześniej od Norwegii). Przechodzimy długim wąwozem, oglądamy wodospad i krystalicznie czystą rzekę, jednak ulewny deszcze wygania nas z powrotem do samochodu, ruszamy więc w stronę Geysir, kolejnej atrakcji w naszym planie dnia.


Geysir to, jak sama nazwa wskazuje, obszar wyjątkowo obfitujący w gejzery- słowo "gejzer" powstało właśnie od nazwy islandzkiej miejscowości (skoro już jesteśmy przy słowach, to napisałam "miejscowość" z braku lepszego określenia, nie ma tam chyba ani jednego domu). Gejzery są faktycznie dość spektakularne (więcej zdjęć w moim poprzednim poście z Islandii), ale chyba jeszcze większe wrażenie robią na mnie japońscy turyści, wyczekujący godzinami na kolejne wybuchy gejzerów z ubranymi z aparatami w rękach. Najbardziej wytrwałe jednostki czatowały nawet przy największym, pięćdziesięciometrowym gejzerze, który nie wykazywał aktywności od 2005 roku.


Jedziemy dalej, ale po drodze mijamy jeszcze koszmarnie turystyczny sklep z wyrobami z wełny. Inna rzecz, że islandzkie wełniane swetry drogie są wszędzie- zawsze marzył mi się ciepły sweter we wzory, ale niekoniecznie chciałabym płacić za niego kilkaset złotych.



Po południu zaliczamy ostatnią atrakcję Złotego Kręgu, wodospad Gulfoss. Wszystkie trzy miejsca były piękne, ale przeszkadzał mi ich turystyczny charakter i plątający się wszędzie ludzie z aparatami (nie żebym ja się nie plątała z aparatem)- poprzedniego dnia zdążyłam się już odzwyczaić od widoku człowieka.


Przed powrotem do hotelu mijamy jeszcze konie z grzywką, które udają wielbłądy. Postanawiamy też pojechać okrężną drogą, aby zobaczyć wulkan Hekla i okazuje się to być najlepszą decyzją, jaką podjęliśmy na Islandii. Zatrzymujemy się w przypadkowym miejscu i po kilkunastominutowym spacerze uroczym wąwozem zza pagórka wyłania się najpiękniejszy widok jaki miałam okazję na Islandii zobaczyć- plątanina strumyków, miniaturowe wysepki, wodospady, a to wszystko na tle jesiennych wrzosów. Żeby było śmieszniej, samego wulkanu nie zobaczyliśmy, bo była mgła.




Ostatnim, spontanicznym (jak większość), punktem programu są charakterystyczne dla regionu podświetlone szklarnie. Poza ogórkami i pomidorami na Islandii nie rosną prawie żadne warzywa, ani owoce, są więc importowane, a co za tym idzie- bardzo drogie. Snickersa kupimy taniej niż jabłko.

|DZIEŃ TRZECI, PONIEDZIAŁEK, SKYR CZEKOLADOWO-BANANOWY|

Ruszamy na wschód, jednak po drodze zatrzymujemy się na plaży, skąd roztacza się widok na wyspę o bardzo długiej nazwie, którą ochrzciliśmy roboczo Tortugą.




Nie zniechęcamy się i wracamy na wybrzeże, gdzie po kilku minutach jazdy trafiamy na prom. Jako że wyspa jest malutka (chociaż ze swoimi 5000 mieszkańców stanowi jedno z większych skupisk ludzi na Islandii), samochód zostawiamy na brzegu i postanawiamy zwiedzić ją pieszo. Wita nas najpierw piękny widok skał u wejścia do portu, a chwilę później koszmarny zapach z portowej przetwórni ryb.


Schodzimy z pokładu i odkrywanie Tortugi zaczynamy od pola lawy, zastygłej po wybuchu wulkanu w 1973, który zniszczył część miasta. Pewnie zmiótłby całą wyspę, gdyby nie heroiczny wysiłek mieszkańców, którzy chłodzili płynną lawę wodą pompowaną z morza. Wybuchy wulkanów to tutaj całkiem powszednia sprawa- w 1963 r., za sprawą podwodnego wybuchu powstała wyspa Surtsey (na jej nazwę rozpisano konkurs wśród mieszkańców).
Większość pola lawy jest ponownie zabudowana i płynnie łączy się z resztą miasta. Przechodzimy do "centrum" i jemy prosty obiad, składający się głównie z owoców morza, w restauracji z dość przerażającym menu, zawieszonym na dziobie wypchanego ptaka.





Ponieważ prom powrotny mamy dopiero wieczorem, a obeszliśmy już całą wyspę, postanawiamy wybrać się Muzeum Historii Naturalnej. Mieszkające tam ponure ryby są całkiem śmieszne, ale prawdziwym hitem jest mały, pingwinopodobny stwór, znaleziony na ulicy i odratowany przez dzieci z pobliskiej podstawówki (tak właściwie to na tej wyspie wszystko jest pobliskie). Do jednego z chłopców wyjątkowo się przywiązał i gdy ten tylko pojawi się w muzeum, ptak nie odstępuję go na krok. Miniaturowy pingwin człapiący za grubiutkim chłopcem w kasku rowerowym to jedna ze śmieszniejszych rzeczy, jakie w życiu widziałam. Po wizycie w muzeum wsiadamy na prom i opuszczamy Vesmannaeyar (bo tak naprawdę nazywają się te wyspy) i udajemy się do Viku, który jest naszą bazą wypadową na następny dzień.





Ilość zdjęć i tekstu w tym poście przekroczyły już wszelkie rozsądne normy, postanowiłam więc podzielić relację na dwie części. Ciąg dalszy nastąpi, wkrótce!
Such cute and playful captures of your adventures! Adore the scenery and the adorable bunny.
ReplyDeletewww.TheFancyTeacup.com
Honestly, I just spend 10 min watching your pictures! This place is amazing! You make me travel for few minutes! Where is it exactly? So beautiful!
ReplyDeleteIm sure you enjoyed it even if it looks cold!
Kisses xx
www.addict-to-twins.blogspot.com
super post! dzięki za podzielenie się wrażeniami z tego uroczego zakątka świata :)
ReplyDeletebtw, lukrecja <3 moje ulubione słodycze :)
Dom Bjork...i nie mam pytań. Muszę tam koniecznie pojechać. To miejsce zdecydowanie dla mnie:)
ReplyDeletehej, marzy mi się od lat podróż na Islandię i tylko z powodu braku funduszy nie mogłam sobie na to pozwolić jeszcze. Mam takie pytanie, mogłabyś mi napisać, ile kosztował Was lot mniej-więcej, noclegi i wynajęcie samochodu? Byłabym mega wdzięczna
ReplyDeleteWidoki są obłędne! Na ile tam polecieliście? :>
ReplyDeleteIslandia jest przepiękna, boski pomysł na wyjazd!
ReplyDeletePrzeczytałam każde słowo i obejrzałam każde zdjęcie. Niesamowite ile można się ciekawego dowiedzieć. Przepiękne widoki na zdjęciach bardzo zachęcają, żeby tam pojechać, a cały tekst nie jest nudny, czyta się go z przyjemnością :) Może niedługo zabłysnę na geografii ciekawostkami na temat Islandii, mówiąć, że prawie nie ma tam drzew, albo że owiec jest więcej niż ludzi :P Zaintrygował mnie ten cały skyr :)
ReplyDeleteSuper zdjęcia! Takie piękne widoki! Bardzo mi się podoba, ale chyba tam jest bardzo zimno? Mmmm...owoce morza ;)
ReplyDeleteChyba zaczynam rozumieć kolegę, który po skończeniu liceum na Islandii wrócił do Polski i cały czas mówi, że za nią tęskni. Trochę przeraża mnie fakt ciągłym deszczów i brzydkiej pogody, ale na taki wypad jak Ty na pewno chętnie bym się wybrała :)
ReplyDeleteŚwietne zdjęcia Joasiu! Oby więcej takich relacji :))
Strasznie przyjemny reportaż. Pozdrawiam imienniczkę! ;-)
ReplyDeleteFantastyczna relacja! Serkowy motyw przewodni to genialny pomysł;)
ReplyDeletedzięki za relację Joanno!
ReplyDeleteBeata
świetny post. odwiedzenie Islandii to moje wielkie marzenie więc cieszę się, że pokazałaś nam ją w ten sposób ;)
ReplyDeleteWow! Faktycznie normy przekroczyłaś. Ale! Warto przeczytać cały ten post i obejrzeć wszystkie zdjęcia! Zrobiłaś mi smaka na taką wyprawę i coś czuję, że może za 2-3 lata się chętnie wybiorę na Islandię.
ReplyDeleteA! I Twoje opisy mnie oczarowały ;) łącznie z wstawkami - jesteś genialna ;)
pozdrawiam!
Żelikowska
och, ale Ci zazdroszczę, Islandia to jeden z moich wymarzonych celów podróży!! dziękuję za relację (pingwin to niewątpliwy high light!) i pozdrawiam
ReplyDeletePrzepiekna wyprawa naprawde zazdroszcze Ci pobytu w Islandii. Widoki sa nieziemskie. Zdjeciami idealnie oddalas klimat tego miejsca ( takie mam wrazenie). Mam nadzieje, ze i ja kiedys sie tam wybiore chcialabym na zywo zobaczyc te magiczne miejsca.
ReplyDeletePiekny post juz sie nie moge doczekac kolejnego
wspaniały post, bardzo ciekawie opisałaś całą podróż, czyta się to z przyjemnością i narastającą chęcią zobaczenia Islandii ;) i muszę Ci powiedzieć, że nawet w sportowej kurtce i reebokach nadal wyglądasz pięknie, uroczo i... stylediggerowo ;) zwłaszcza na zdjęciu, gdzie jesteś zapięta pod nos i w kapturze :)
ReplyDeletenarobiłaś mi też smaka na ten serek!
czekam z niecierpliwością na część drugą.
Konstancja
Wow! Ja byłam na Islandii 2 lata temu, przez miesiąc. Ale wasza wycieczka była chyba bardziej ekskluzywna - my spaliśmy w namiotach i płynęliśmy promem ;p
ReplyDeleteZdjęcia świetne i super opisy! Czekam na drugą część :)
już czekam niecierpliwie na kolejną część relacji! totalnie zauroczyła mnie Islandia z Twoich zdjęć:)
ReplyDeletepiękna relacja!
ReplyDeletewspaniałe zdjęcia!
ReplyDeletestrasznie podoba mi się jakinia trola! ^^
<3
Fashion Philosophy
www.fashionphilosophy.net
Aż miło się czyta!
ReplyDeleteWspaniała relacja :) Nie cierpię zimna i deszczu, ale teraz jednak bym się wybrała na Islandię, gdyby mi z nieba spadło kilka tysięcy ;) Dzięki!
ReplyDeleteWow, ale się napracowałaś z tą relacją!:)
ReplyDeleteIslandia jest zdecydowanie na mojej liście do odwiedzenia w ciągu najbliższych lat...Piękna!
Where's the church, prawie jak gdzie jest krzyż!
ReplyDeleteNiesamowita relacja, jedna z ciekawszych jakie czytałam/oglądałam, niecierpliwie czekam na drugą część!
zazdroszczę wyprawy, czekam na dalszą relacje:)
ReplyDeletePiękne zdjęcia !
ReplyDeletepięknie tam...
ReplyDeletepingwin <3 :D
Ja chcę drugą część!!! :-D
ReplyDeleteLovely photos.^^
ReplyDeletemy blog-follow me♥mfashionfreak
Bardzo podoba mi się Twoja relacja :) Przeczytałam i obejrzałam wszystko. Piękne widoki! Koń z grzywką jest słodki. Podczas czytania doszłam do wnioski, że lepiej jest tam pojechać kiedy jesień zawita do kraju i doda dodatkowych barw, a co za tym idzie i uroku przyrodzie.
ReplyDeleteOwce mają takie zabawne mini, a ten królik to jakiś gigant!
Ten wypchany ptak wygląda jakby był oblany zastygłą lawą.
A to ostatnie zdjęcie - słodycz!
Wow! Obłędne widoki,a chłopiec z pingwinem rozbrajający;)
ReplyDeleteWspaniała relacja -piękna zdjęcia, tekst niezwykle wciągający i ogólnie relacja rewelacja! :) Podczas czytania nasunęło mi się na myśl jedno pytanie: skąd te szczegółowe informacje na temat każdej ze zwiedzanych rzeczy? Czy mieliście jakieś przewodniki, czy przed wyjazdem przeczytaliście mnóstwo jakichś stron?
ReplyDeleteGorąco pozdrawiam,
Karina
W Islandii byłam, bardzo polecam :) A zdjęcia prześliczne, dzięki nim wybrałabym się tam jeszcze raz!
ReplyDeleteŚwietna relacja ;), ale pingwin wymiata ;)
ReplyDeleteomg i want to go there! where is it? brilliant photos! xx
ReplyDeleteFantastyczny post!
ReplyDeletepięknie, ale zimno brrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr uśmiałam się z foty królika ahahahahaa co za ząbki:DDDD
ReplyDeletehttp://mariowo.wordpress.com/tag/wyspa/ ten dom Bjork robi na mnie jeszcze większe wrażenie. Islandia jest magiczna, moje największe marzenie, to zamieszkać gdzieś w Skandynawii <3
ReplyDeleteania
Przepiękne zdjęcia i przepiękne miejsce. Islandia jest niesamowita, urzeka chyba wszystkim, nawet swoimi małymi wadami.;)
ReplyDeletePozdrawiam,
Polka dot.
http://polkadotka.blogspot.com
magia! zazdroszczę pobytu w Islandii
ReplyDeleteYour pictures are so amazing! The shots are so colorful! The choice of background is so fascinating! You are so beautiful! We love the style so much!
ReplyDeleteMUCH love from the SABO SKIRT girls!
SHOP: www.saboskirt.com
BLOG: www.saboskirt.blogspot.com
Wooow, coś pięknego! Koniecznie muszę się kiedyś tam wybrać :)
ReplyDeleteWow! Śmiem oznajmić, że to najpiękniejszy post jaki w zyciu czytałam/oglądalam! Z niecierpliwoscią czekam na kolejną częśc i chyba chciałabym te zdjęcia oglądać bez końca! Mam nadzieję, że w kolejnym poście poczestujesz nas ta sama ilością zdjęć - jesli są takie piekne wcale nie zanudzają i mozna je oglądać bez końca. Zazdroszcze wyprawy, ale tym samym mam nadzieje, ze kiedys zobacze to piekne miejsce na włąsne oczy :)\
ReplyDeletePozdrawiam Asiu,
H.
zazdroszczę wyprawy! Odkąd przeczytałam książkę "81:1. Opowieści z Wysp Owczych" mam apetyt na wizytę w tamtejszych rejonach świata (swoją drogą polecam książkę jeśli nie czytałaś bo jest naprawdę dobra!)
ReplyDeleteps. widzę, że każdy kraj ma swój serek:D ja do tej pory tęsknię za szwajcarską double cream z Gruyere, a w Polsce jej nie ma:((
Ostatnie zdjęcie- przegigant;) Widać maluch traktuje go jako mamę! ;) Byłam w różnych miejscach po za Polską ale takich widoków nie widziałam! Niesamowite widoki. Chciałabym zobaczyć kiedyś na żywo kratery, wulkan:) Mimo, że przez ostatni islandzki wybuch odwołano mi lot do Londynu dokładnie w dniu eksplozji :(
ReplyDeleteale zazdroszczę, Widać że podróż udana!
ReplyDeleteTeż bym strasznie chciała zwiedzić Islandię. Wspaniałe miejsce ;)
Po prostu raj na ziemi:)!
ReplyDeleteŚwietna relacja, a ostatnie zdjęcie jest przeurocze!:))- no proszę, jak zwierzęta potrafią przywiązać się do człowieka...
Zarówno te, jak i poprzednie zdjęcia po prostu mnie rozwaliły. W ogóle lubię relacje z podróży, których głównym tematem nie są "stylizacje", tylko piękne widoki ;)
ReplyDeleteohh cudownie!!! zazdroszczę i niecierpliwie czekam na drugą część!:)
ReplyDeleteChyba Twój najbardziej udany post :) Przepiękne zdjęcia, a relację czyta się jednym tchem. Nie wiem czy znajdzie się ktoś, kto po jej przeczytaniu nie będzie chciał wsiąść w samolot i lecieć na Islandię ^^
ReplyDeleteGenialne zdjęcia, cudowna relacja- jestem pod dużym wrażeniem :)
ReplyDeleteOgromnie zazdroszczę Ci tej wyprawy i w ogóle odwagi, której mi brakuje jeśli chodzi o podróżowanie. Piękne zdjęcia, pozdrawiam!
ReplyDeleteGenialna relacja:) świetne zdjęcia, super!
ReplyDeletebomba!
ReplyDeleteach... cudne
ReplyDeletecudownie musiało być <3
ReplyDeletePrzepiękne zdjęcia, swietnie napisana fotorelacja.
ReplyDelete
ReplyDeleteBardzo dziękuję za wszystkie komentarze, szczerze mówiąc bałam się że nikt przez to wszystko nie przebrnie:)
Jag, Ania-> z tym domem Bjork to akurat był żarcik, na zdjęciu może nie widać, ale to maleńka chatka, pewnie na narzędzia, na środku jakiegoś pastwiska:)
Anonimowy-> ceny biletów zależą od konkretnej daty, najlepiej po prostu sprawdzić na stronie. My zapłaciliśmy około 1500 zł w obie strony. Cena samochodu też zależy od wypożyczalni, sezonu, rodzaju auta itp- zapłaciliśmy ok. 800 euro i była to wyjątkowo tania opcja. Żeby wypożyczyć samochód, koniecznie trzeba mieć kartę kredytową. Noclegi bardzo różnie, ale można znaleźć takie w okolicach 100 zł/osobę/noc. Jest też mnóstwo tańszych opcji noclegów, chociażby couchsurfing czy pola namiotowe w lecie.
Rabbit Hole-> na jakiś tydzień
Glam-> właśnie wcale nie jest tak zimno, wbrew nazwie- latem jest całkiem ciepło, a zimy są łagodniejsze niż w Polsce- rzadko kiedy zdarza się żeby leżał śnieg
Konstancja-> najsmutniejsze jest to że skyru nie można kupić w Polsce, sprawdzałam wszystkie Almy itp:(
D.-> mnie też się wydaje że dobrze trafiliśmy z tą jesienią- piękne kolory, normalny dzień (latem prawie przez całą dobę jest jasno, zimą ciemno- mają dzień i noc polarną) i dużo niższe ceny
Karina-> dużo czytaliśmy w Internecie przed wyjazdem, mieliśmy też ze sobą przewodnik z National Geographic, całkiem niezły, choć trochę chaotyczny
Hanja-> oo, dziękuję bardzo! Jest mi niesamowicie miło.
Robaczek-> już kolejny raz słyszę o tej książce, muszę ją w najbliższym czasie przeczytać!
Ska-> dziękuję!
Powiem Ci, że przeniosłam się na dłuższą chwilę do Islandii, bardzo wczułam się w klimat, aż zrobiło mi się zimno. Prawie poczułam smak tego serka. A ziewającego królika, chętnie zaadoptuję :)
ReplyDeletePrzeogromnie Ci zazdroszczę! A na koncercie Prince Polo byłam, są tacy bezpretensjonalni (to na pewno przez te piosenki o pizzy)
ReplyDeleteW Norwegii tez maja skyr, ale niestety mniej smaków.
ReplyDeleteKosciolek w Krysuviku niestety podpalila grupa nastolatkow, dla zabawy, kilka lat temu...
ReplyDeleteWspaniała relacja. Aż zapragnęłam zobaczyć to na własne oczy. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy :) Masz szczęscie, że mogłaś tam pojechać
ReplyDeletejak tam jest pięknie! marzę, kocham, pragnę tam być!
ReplyDeleteOjej! Uwielbiam twój blog :** Strasznie podoba mi się ta dolina z strumyczkami i wrzosami. A ten mały pingwin[?] był uroczy :-) Też chciałabym mieć taki ciepły sweter , ale ... noc cóż masz rację , że kilkaset złotych to już przesada. Strasznie podoba mi się to , że wrzucasz zdjęcia , ze swoich podróży , bo zawsze są świetne!!! Już nie mogę się doczekać kolejnej ich porcji ;-))
ReplyDeleteBardzo podobały mi się z zdjęcia z wodospadami i parującą ziemią. Wielkie dzięki za piękny post!
ReplyDeleteSERIO Z TYM DOMEM BJORK???!!
ReplyDeleteEWE.
wspaniały post! czekam na następny:)
ReplyDeleteto blog o modzie i stylizacjach czy twoj pamietnik z podrozy?
ReplyDelete
ReplyDeleteEWE-> nie nie, żarcik, to jakaś szopa na narzędzie
Anonimowy-> to przede wszystkim mój blog, na którym zamieszczam to co mi się podoba, wydaje inspirujące, albo mam jakiś jeszcze inny powód żeby to zamieścić. W tym przypadku była to chęć utrwalenia sobie wspomnień w rewelacyjnej podróży i odpowiedzenia hurtem na mnóstwo pytań o Islandię. Jeżeli post Cię nie interesuje, możesz go przecież ominąć
"I founded STYLEDIGGER in 2008, as a way to express my feelings about fashion. "
ReplyDelete10 postów o Islandii zawsze spoko.
oessu, ale zdjecia. po cichu zawsze marzylam o islandii, ale teraz chyba trafi do mojej pierwszej dziesiatki.
ReplyDeleteSuper zdjęcia :)
ReplyDeleteCzekam na następną część ;)
Pozdro
Niesamowite zdjęcia i jak mniemam niezapomniana podróż :)
ReplyDeleteja również miałam okazję być na Islandii parę lat temu i spędzić tam najpiękniejsze 3 miesiące swego życia, stąd też widok tych zdjęć i opisów sprawił mi ogromną przyjemność i rozbudził wspomnienia :) bardzo Ci dziękuję za ten wpis! (a co do skyr- jego smak pamiętam do dziś ;))
ReplyDeleteten "domek Bjork" to taka budka, do której każdy może wejść, jeśli nagle pogoda się bardzo pogorszy. Jak to na Islandii, jest zawsze otwarta i obowiązuje zasada: zostaw to, co zużyłeś. W środku jest łóżko, piecyk i chińskie zupki ;p
ReplyDeletewspaniałe zdjęcia, niesamowite widoki
ReplyDelete