I haven't bought that amazing moroccan boots with carpet pannels from one of my previous posts, but I've found a much more practical subtitute- brown leather handbag. I love everything about it- its shape, printed lining, soft leather, it's just perfect. The only drawback is that it stinks like an old camel, but I try not to care. For all of you who were confused by the title of this post- no hot pink, no orange, I'm still wearing my good old oversized shirts, hats and the suede jacket (which actually starts to look really vintage). But there's hope- I've just ordered a pair of cobalt blue moccasins.
Nie udało mi się kupić dywanowych butów z mojego posta o Maroku (z najdziwniejszych powodów- a to nie było rozmiaru, a to nie mogłam znaleźć idealnego połączenia wzoru i koloru, a to sprzedawca miał akurat porę drzemki), ale znalazłam znacznie bardziej praktyczny substytut- brązową torebkę. Jest idealna- z przyjemnej w dotyku skóry, ze świetnym wykończeniem w środku, ma tylko jedną, jedyną wadę- śmierdzi starym wielbłądem. Powoli udaje mi się jakoś to zniwelować, ale na samym początku głupio było mi z nią jeździć tramwajem.
Dla tych których zmylił tytuł i dla tych, którzy narzekają że od pewnego czasu wieje u mnie nudą- miałam ostatnio okres w którym miałam ochotę na okrągło nosić wyłącznie przyduże koszule, kapelusze i nieodłączną zamszową ramoneskę (która zaczyna wyglądać naprawdę vintage). Chyba powoli mi przechodzi (wiosna!), ale nie spodziewajcie się tu połączeń pomarańczu z różem z dodatkiem cytrynki. Na razie zaszalałam i zamówiłam niebieskie mokasyny. Ha!