April 28, 2011

Alpha shallows

Early spring is the only time when I enjoy wearing girly dresses. Usually they make me feel like a giant porcelain doll- I guess it has something to do with my curly hair. Anyway, usually I'd wear that Kling dress with something definitely-not-feminine, like a leather jacket (ok, propably that suede one) or brown boots. But, only because it's April, I decided to let it be as infantile as it is and match it only with my new Buffalo sandals.

Cukierowo dziewczęce sukienki mogę nosić chyba tylko wiosną. O każdej innej porze roku, o ile nie przełamię ich czymś zdecydowanie mało kobiecym, jak skórzana kurtka czy botki, czuje się jak gigantyczna porcelanowa lalka. Ale ponieważ mamy kwiecień, postanowiłam pozwolić sobie na trochę obrzydliwej słodkości i do mojej nowej sukienki hiszpańskiej marki Kling założyłam proste skórzane sandały na obcasie.


Kling dress- courtesy of Modmod, Buffalo sandals, Fiorelli bag, La Dama ring

April 24, 2011

Trick pony

Ready to see the cutest bag in the world? I found it two days ago in TK Maxx and I just had to buy it. No idea where I could wear it, but the good thing is that it's not completely useless- it can hold lipstick, my keys AND my iphone. Hope you're all having great Easter holidays!

Dwa dni temu, jadąc odebrać mojego brata z dworca, postanowiłam zatrzymać się przy TK Maxxie i zobaczyć czy pojawiło się coś ciekawego. Zaglądam tam prawie za każdym razem, kiedy jestem w Bielsku- co prawda przeważają ubrania w rozmiarze 44 i buty w rozmiarze 33, ale jak już uda mi się coś znaleźć, to zwykle jest to hit miesiąca. Tak było z moich ukochanym kapeluszem i myślę że będzie tak w przypadku mojej nowej torebki. Jest trochę niepraktyczna, ale nie mogłam się oprzeć połączeniu łososiowego różu i złota, no i jeszcze te skarabeuszowate wzory! Gdyby Akademia Filmowa postanowiła zaprosić mnie na następne rozdanie Oskarów, to będzie jak znalazł.

April 23, 2011

Easter Bunny SPRING SALE!

If you're spending your Easter holiday in Cracow, come to Mulholland Drive vintage shop and visit our Easter Bunny SPRING SALE!

Jeżeli w najbliższy wtorek jesteście w Krakowie i chcecie zaopatrzyć swoją garderobę w wiosenne nowości, zapraszam Was na Easter Bunny SPRING SALE. Oprócz zawartości szaf Ryfki, Weroniki, Kasi, Emilki i mojej będzie można kupić ubrania projektu Why-ducka i Leny Fantazji oraz biżuterię Poli. To ostatnia szansa na odwiedzenie Mulholland Drive w starym lokalu, bo sklep na dniach przenosi się na Rynek Główny- ul. Sienna 1.




by Joanna Wójtowicz

April 20, 2011

So damn you, Cinderella

Meet my amazing braided cape (aka bathroom carpet) which I got from Celapiu back in December. The choice wasn't easy (just take a look at Foksy!), especially when it came to choosing the color. Actually, I couldn't even name half of them. I'm wearing it with a silk dress from Sonia Rykiel's collection for H&M (emmm ok, it's actually a nightgown. Also, I decided that it's time for fringe again- thank you Dawid Pater for cutting it for me.

Po pierwsze- moja cudowna pleciona pelerynka, którą dostałam jeszcze w grudniu od Cel, właścicieli i pomysłodawczyni Celapiu (pewnie kojarzycie jej słynne foksy ). Nie było łatwo dokonać wyboru. Nie dość że było wiele innych kuszących wełnianych futrzaków, to jeszcze gama dostępnych kolorów całkowicie mnie przerosła- gdyby nie podpisy, połowy nie umiałabym nawet nazwać (jak zwykle zaszalałam i wybrałam szary). Cieszę się że w końcu przyszła wiosna i mogę zacząć ją nosić, bo o ile nie jest tak niepraktyczna na jaką wygląda, to naprawdę ciężko upchnąć ją pod płaszcz.
Po drugie- moja sukienka z kolekcji Sonii Rykiel dla H&M. Gdyby ktoś wciąż miał wątpliwości, czy przypadkiem nie jest to piżama, to po zdjęciu z wieszaka trochę ją jeszcze pomięłam, żeby postawić sprawę jasno.
Po trzecie- moja grzywka. Postanowiłam wrócić do korzeni i choć wiem, że po pierwszym deszczu pożałuję swojej decyzji, to na razie uśmiecham się za każdym razem kiedy spojrzę w lustro. Sprawcą mojego nowego cięcia i koloru (który wcale nie jest rudy jak na zdjęciach tylko blond) jest pracownia Dawida Patera. Jakiś czas temu zaproponowali mi współpracę, a ja już po jednej wizycie mogę powiedzieć że polecam ją zwłaszcza tym, którzy tak ja ja panicznie boją się fryzjerów- ekipa nie tylko wysłuchuje wszystkich próśb i zastrzeżeń, ale też tłumaczy krok po kroku co i jak się będzie działo. Dziękuję!



cape from Celapiu, dress from Sonia Rykiel for H&M, shoes from StyloweButki, clutch from H&M


April 14, 2011

Sort of revolution

I haven't bought that amazing moroccan boots with carpet pannels from one of my previous posts, but I've found a much more practical subtitute- brown leather handbag. I love everything about it- its shape, printed lining, soft leather, it's just perfect. The only drawback is that it stinks like an old camel, but I try not to care.
For all of you who were confused by the title of this post- no hot pink, no orange, I'm still wearing my good old oversized shirts, hats and the suede jacket (which actually starts to look really vintage). But there's hope- I've just ordered a pair of cobalt blue moccasins.

Nie udało mi się kupić dywanowych butów z mojego posta o Maroku (z najdziwniejszych powodów- a to nie było rozmiaru, a to nie mogłam znaleźć idealnego połączenia wzoru i koloru, a to sprzedawca miał akurat porę drzemki), ale znalazłam znacznie bardziej praktyczny substytut- brązową torebkę. Jest idealna- z przyjemnej w dotyku skóry, ze świetnym wykończeniem w środku, ma tylko jedną, jedyną wadę- śmierdzi starym wielbłądem. Powoli udaje mi się jakoś to zniwelować, ale na samym początku głupio było mi z nią jeździć tramwajem.
Dla tych których zmylił tytuł i dla tych, którzy narzekają że od pewnego czasu wieje u mnie nudą- miałam ostatnio okres w którym miałam ochotę na okrągło nosić wyłącznie przyduże koszule, kapelusze i nieodłączną zamszową ramoneskę (która zaczyna wyglądać naprawdę vintage). Chyba powoli mi przechodzi (wiosna!), ale nie spodziewajcie się tu połączeń pomarańczu z różem z dodatkiem cytrynki. Na razie zaszalałam i zamówiłam niebieskie mokasyny. Ha!



American Apparel shirt, H&M jeans and hat, Bik Bok jacket, moroccan bag

photos by Marika Szymanek

April 10, 2011

Bubble gum

We all hate Mondays- that's why I decided to post a picture of this cute little thing today. I found that pink plastic bag at Mulholland Drive, my friend's vintage shop and I fell in love immediately. It's so Vivienne Westwood meets Furla Candy meets Play Doh modeling compound! Entirely not my style (as you've propably noticed, colors frighten me), but I just couldn't help posting it.

W gruncie rzeczy poniedziałki wcale mi nie przeszkadzają. Nie mam w ten dzień zajęć, więc właściwie niczym nie powinien różnić się od niedzieli. Ale z czasów szkolnych pozostała mi jakaś wewnętrzna niechęć, którą w tym tygodniu przełamuję zdjęciem gumowej różowej torby- piątkowego hitu zaplecza Mulholland Drive. Jest tak urocza, że mimo mojej głębokiej niechęci do żywych kolorów nie mogłam się powstrzymać od pisków zachwytu. Na szczęście rozsądek zwyciężył- wiem że absolutnie nie mam jej do czego nosić, nie jest w moim stylu i pewnie kurzyłaby się na półce, ale jednak ciężko było mi się z nią pożegnać po zamknięciu sklepu i musiałam chociaż zrobić zdjęcie! Wygląda jak połączenie gumowych projektów Vivienne Westwood, kolorowych toreb Furli z linii Candy i ciastoliny Play Doh.

April 5, 2011

I left my heart in San Francisco

I've never been a clutch person, but lately I'm starting to wear the more and more often. They work exactly like heels- I immediately feel more dressed up. As I said before, I used to wear little bags really rarely, so I'm still finding some old trash/treasures inside- piece of paper with someones phone number, ice creams sticks, Rolling Stones concert tickets- that sort of things. And I think my favourite little bag is that one I'm wearing today- in two different shades of brown, reminds me of milk and dark chocolate. I got it from my grandma and it's at least fifty years old.

Ostatnio odkrywam uroki małych torebek, zwłaszcza kopertówek. Noszone z całkiem zwyczajnym, codziennym strojem działają na mnie podobnie jak obcasy- od razu czuję się bardziej "ubrana". Do tego wymuszają ostrą selekcję przedmiotów, które mogę ze sobą zabrać, co jak najbardziej ma swoje dobre strony- nie chodzę już po Krakowie z dwoma obiektywami, indeksem, niedojedzonym Snickersem i gazetą sprzed tygodnia. No i ponieważ dotychczas nosiłam je bardzo rzadko, wciąż zdarza mi się znajdować w nich skarby/śmieci sprzed kilku lat- kawałek papieru z czyimś adresem mailowym, nigdy niewymienione patyczki po Big Milkach czy bilet z koncertu Rolling Stonesów. Poniższa kopertówka w dwóch odcieniach brązu jest chyba moją ulubioną- dostałam ją od babci i podobno ma co najmniej pięćdziesiąt lat. Moja pierwsza myśl kiedy ją zobaczyłam- połączenie mlecznej i gorzkiej czekolady.



dress from ClubCouture, Bronx boots, BikBok jacket, H&M scarf, vintage clutch and belt

photos by Marika Szymanek

April 4, 2011

Monday morning

Yesterday I attended a Plich fashion show- he's a designer from Cracow, which is exactly where I live, but somehow I hadn't known any of his projects before. I was expecting a show full of those red carpet dressess, but luckily I was wrong! There was a lot of clothes I could wear, all of them perfectly tailored with a great detail work. One of the dresses stole my heart- the long, powder pink one with ruffled details- you can see it one the last two pictures. I have to go and try it on in a Plichs showroom! Thank you Katherine for the photos!

Wczoraj późnym popołudniem korzystałam z pięknej pogody i siedziałam ze znajomymi na Rynku, jednak cały czas prześladowało mnie to okropne uczucie, że o czymś zapomniałam. Próbowałam przeanalizować wszystko, co miałam do zrobienia i nagle w końcu to do mnie dotarło- pokaz Plicha! Krakowski projektant (albo raczej jego ekipa, bo sam pan Plich wyglądał na nieco zaskoczonego że na jego pokazie pojawiają się w ogóle jakieś blogerki, co nie zmienia faktu że był niesamowicie miły i otwarty) zaprosił mnie na swój pokaz, ja ochoczo potwierdziłam przybycie, a teraz mam się nie pojawić? Nic z tych rzeczy. Mimo że nie miałam już szans wrócić do domu, postanowiłam się nie zrażać i po prostu podeszłam na drugą stronę Rynku, do Pałacu pod Baranami, w mojej zamszowej kurtce, kapeluszu i przykurzonych kozakach. Mam nadzieję że zostało to odczytane jako "jestem-taka-nonszalancka-i-wcale-i-aż-tak-nie-zależy", a nie "nie-zdążyłam-się przebrać-i-teraz-mi-głupio". Co do samego pokazu, spodziewałam się raczej parady kreacji wyłącznie na czerwony dywan, jednak bardzo pozytywnie się zdziwiłam. Projektant pokazał wiele sukienek, które sama spokojnie mogłabym założyć (i co najważniejsze, miałabym je gdzie nosić), a jedna dosłownie skradła mi serce- brudnoróżowa, długa do ziemi, z marszczonymi wstawkami- możecie ją zobaczyć na dwóch ostatnich zdjęciach. Podobała mi się też spójność kolekcji, dbałość o detale i nietypowe wykończenia- część projektów swoje prawdziwe oblicze pokazywała dopiero wtedy, gdy modelka odwracała się tyłem do widowni. Pokaz inspirowany był twórczością Renaty Przemyk, jednak mnie wciąż przychodziła na myśl postać Tamary Łempickiej. Jako że nie miałam ze sobą swojego aparatu, wszystkie zdjęcia zawdzięczam uprzejmości Kasi.

April 2, 2011

Morocco is like Star Wars, just without the ewoks

Last week I came back from a trip to Morocco, it was perfect: amazing atmosphere, cheap leather, beautiful silver jewelery and last but not least, the best cuisine in the whole world. Nice and simple, based on good meat and fish, tons of vegetables and couscous or great moroccan bread. Actually I felt like I was in Star Wars- not only because of all that noisy streets. Morrocans in hooded Djeljabas, riding donkeys- so Jedi!

Maroko w wielkim skrócie- świetny klimat (i nie mówię tu jedynie o warunkach atmosferycznych), tania skóra, piękna biżuteria i najlepsza na świecie, prosta i nieprzekombinowana kuchnia. Żadnych niejadalnych przypraw, które ciężko jest chociażby powąchać, żadnych robaków czy innych żab, po prostu świetnie zrobione mięso i ryby, do tego ogromna ilość warzyw i kuskus, albo pyszny marokański chleb
. Czułam się odrobinę jak w Gwiezdnych Wojnach, nie tylko przez atmosferę na ulicach, ale i przez zakapturzonych Marokańczyków na osłach- bardzo w stylu Jedi. Co prawda miałam wyjątkowego pecha i po awarii karty pamięci straciłam 75% zdjęć, jednak z tych które pozostały, udało mi się poskładać krótką relację.